• facebook
  • rss
  • Zabójczy grzech pychy

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 21/2012

    dodane 24.05.2012 00:51

    Każda nowa inscenizacja Dostojewskiego to wydarzenie nie tylko artystyczne. To fundamentalne pytania o kondycję człowieka, przekraczanie granic wolności i odpowiedzialności oraz o wybory między dobrem i złem.


    To nieprawda, że czytane kanonicznie dzieła literatury światowej nie obiecują nowych olśnień, niespodziewanych odkryć, choćby z tego powodu. Odbierane  przez kolejne pokolenie, wzbogacone są przecież o nowe doświadczenia, których nasi poprzednicy nie byli sobie nawet w stanie wyobrazić. Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, co w inscenizacji „Zbrodni i kary” Waldemara Śmigasiewicza uderzyło mnie ze zdwojoną siłą, powiedziałabym: grzech pychy, który dotyka w coraz większym stopniu człowieka starającego się wyprzeć ze swojej świadomości Boga, w głębokim przekonaniu, że jest Go w stanie nie tylko zastąpić, ale i skorygować. Już Konrad z III części „Dziadów”, wydając wojnę Stwórcy, sromotnie przegrał. Ten sam fałszywy trop wiedzie bohatera „Zbrodni i kary”.


    Przedstawienie jest zagrane świetnie. Skondensowana do najważniejszych scen i dialogów akcja przynosi taką intensywność, napięcie, że widz ogląda spektakl, jakby nie znał powieści Dostojewskiego. W roli Raskolnikowa wystąpił gościnnie Marcin Perchuć i ten wybór okazał się nadzwyczaj trafny. Jego obłąkańcza idea sprowadzająca się do przyznania ludziom „wyjątkowym” prawa decydowania, kogo wyeliminować z życia społecznego, obudowana skomplikowaną teorią naukową, zaczyna powoli budzić wątpliwości samego twórcy tej teorii, a wraz z tym dopuszcza do głosu sumienie. Ucieczką od tego głosu staje się degradacja fizyczna, symulowane lub prawdziwe objawy choroby, ale to remedium zawodne. Marcin Perchuć pokazuje ten proces w sposób wstrząsający. Dobrym pomysłem jest też oparcie roli śledczego Porfirego na dystansie do tych emocji. Kazimierz Kaczor gra z Raskolnikowem dyskretnie, jakby zafrasowany upadkiem człowieka, którego ma zdemaskować i osądzić. Znakomicie też prowadzi swego bohatera Razumichina młody aktor Michał Sitarski.
Jeżeli czegoś zabrakło mi w tym przedstawieniu, to pokazania momentu głębokiej duchowej ekspiacji Raskolnikowa, dramatycznego fiaska jego rozumowania, a mówiąc wprost, zrozumienia ohydy własnego czynu. Może dlatego, że rola Soni wydaje się w tekście nadmiernie zredukowana, a to przecież Sonia jest najbardziej wyrazistą przeciwwagą pychy. Jej pokora, niezachwiana wiara, prostota, w której zawiera się biblijne przesłanie o maluczkich, prowadzi Raskolnikowa ku światłu.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół