• facebook
  • rss
  • Flaga za pięć złotych

    Tomasz Gołąb

    |

    Gość Warszawski 27/2012

    dodane 05.07.2012 00:00

    Zaczęło się ulewą, skończyło burzą. Pogoda w niczym jednak nie przeszkodziła mistrzostwom Europy. Udało się znakomicie – uważają włodarze miasta. A mieszkańcy? Niektórzy, wbrew obawom, mogli nawet nie zauważyć, że EURO 2012 odbyło się w Warszawie.

    Kiedy kilka godzin przed rozpoczęciem EURO 2012 strefę kibica zlała pierwsza czerwcowa ulewa, chyba wszyscy zgodnie przyznali, że zasuwany dach na Stadionie Narodowym to jedna z lepszych inwestycji, wyróżniających zresztą naszą arenę spośród innych. Stadionem zachwycali się wszyscy szczęściarze, którzy za niemałe pieniądze mogli stać się świadkami niezwykłych widowisk: od ceremonii otwarcia mistrzostw, po pierwszą bramkę, którą wywalczyli Polacy, i ostatnią w Warszawie, w meczu Niemców z Włochami, która tym drugim dała awans do finału w Kijowie.

    Zadłużyć się warto – Superimpreza i będziemy ją wspominali przez lata – mówili w drodze na Stadion Anna i Sławomir Cichoniowie z Grodziska Mazowieckiego, którzy z synami Adrianem i Konradem byli na Narodowym dwukrotnie: kibicując Czechom w walce z Portugalią i Niemcom w starciu w Włochami. – Gdyby tylko bilety były tańsze... 600 złotych za osobę to zbyt wiele. Ale takie emocje były tego warte – zapewniają. Z pewnością na EURO nie mogą narzekać Damian i Łukasz, dla których mecze były szkołą przedsiębiorczości. 12-latkowie z pobliskiego bloku na świeżo oddanej stacji Stadion oczekiwali z paletą farbek w ręce każdego nadjeżdżającego składu. – Flaga na policzku za pięć złotych. Najwięcej zarobiliśmy na Rosjanach. Wyszło po 480 złotych na głowę. Rodzice przez tydzień tyle nie zarabiają – opowiadali z rozbrajającą szczerością, wspominając, że dzięki Rosjanom weszli też na mecz, bo po kilku minutach od pierwszego gwizdka, bilety u handlarzy kosztowały zaledwie 20 euro. Wcześniej – grubo ponad 500. Plac EURO Turniej z rozrzewnieniem wspominać będą także restauratorzy w centrum, którzy dzięki kibicom zwielokrotnili swoje zyski. Podobnie hotelarze. Gorzej ze sklepami, które fani piłki nożnej omijali szerokim łukiem z powodu budowy metra i ogrodzeń przy strefie kibica. Koniec EURO 2012 błogosławić będą też z pewnością mieszkańcy okolic Pałacu Kultury i Nauki, bombardowani gigantycznym nagłośnieniem fan zony i mający dość kibiców, którym nie chciało się szukać toalet. Ale to chyba jednak tylko wyjątki w pokaźnej liczbie (według niektórych badań – 90 proc.) zachwyconych tym, że turniej odbył się w Warszawie.

    Pozytywne wrażenia ze stolicy wywieźli z pewnością przyjezdni. Największa na EURO strefa kibica (czemu nie przemianować teraz placu Defilad na plac Euro?), w sercu miasta, oddalona zaledwie 20 minut spaceru od stadionu, świetnie skomunikowana z samą areną, nowoczesnym lotniskiem i sprawnym metrem, dobre połączenia autobusowe, wysoki – mimo incydentu z kibolami przed meczem z Rosją – poziom bezpieczeństwa i przede wszystkim przyjaźnie nastawieni mieszkańcy Warszawy – pozostawią trwały ślad w pamięci obcokrajowców. Duża w tym zasługa także 800 wolontariuszy w zielonych koszulkach pomagających gościom odnaleźć drogę na przykład do bankomatu, pokazać ciekawe turystycznie obiekty lub wesprzeć, gdy potrzebna była pierwsza pomoc przedmedyczna. – Było to wielkie logistyczne przedsięwzięcie unikatowe w historii Warszawy. Dzięki waszemu zaangażowaniu wszystko mogło funkcjonować we właściwy sposób. Byliście jednym z najważniejszych ogniw w tej maszynie – komplementowała ich prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz ostatniego dnia turnieju. – Najpierw martwiliśmy się, że EURO 2012 to tyle pracy, a teraz będzie mi trochę żal, że to już koniec – mówiła. Gotowi na więcej?

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół