• facebook
  • rss
  • Roratni półmetek

    dodane 12.12.2012 13:08

    Prawda jest taka, że z każdym dniem wstawać trudniej. Z każdym porankiem również - coraz bardziej warto.

    Oto mamy połowę Adwentu. A co się z tym łączy - półmetek Rorat. W naszym kościele, w parafii tuż pod Warszawą, Roraty odbywają się codziennie, o 6.30. Chodzimy na nie z (zaopatrzonymi w lampiony) dziećmi: z dwójką, czasem trójką. Najrzadziej z całą czwórką (logistyka kontra rozespana czterolatka). Chodzimy chociaż… ciężko jest. Z każdym dniem poranne wstawanie wydaje się trudniejsze. Bo wiadomo: praca męcząca, szkoła męcząca, przedszkole męczące. A połączenie tego wszystkiego - męczące najbardziej.

    Więc przyznam szczerze, miałam dwa momenty absolutnego zwątpienia, żeby nie powiedzieć, roratniego buntu. I raz budzik zadzwonił, a ja go „nie usłyszałam”. Drugi raz natomiast - budzik nie zadzwonił. Bo go wcale nie nastawiłam. Za jednym i drugim razem nad zaspaną matką stanęły jednak… dzieci. I z nieco groźnymi minami, postawiły rodzicielkę do roratniego pionu: „Mamo, idziemy! Jesteśmy gotowi”. I dobrze, że postawiły…

    Bo Roraty to nie tylko adwentowe ćwiczenie hartu i ducha, i ciała. To przede wszystkim prosty sposób, by oczekiwanie na przyjście małego Jezusa, przybrało właściwą formę. Bo Roraty w naturalny sposób ustawiają hierarchię adwentowego życia: najpierw uczestniczymy (choćby z trudem) w tym, co Boskie. Najpierw sacrum. Potem dopiero - to co ludzkie, czyli profanum. Najpierw Msza św. poranna, a potem cały, długi dzień. Dzień, co tu dużo mówić, szalony, zapełniony do granic możliwości. A im bliżej Bożego Narodzenia, granice adwentowych dni (i nocy) jakby się przesuwają. Zakupy, sprzątanie, gotowanie, prezenty. Zakupy, sprzątanie, gotowanie… I tak dalej. Znamy to wszyscy. Gdy jednak rano pójdzie się na Roraty - wszystkie inne sprawy w jakiś tajemniczy sposób układają się w uporządkowaną całość. I ze wszystkim (jakoś) się zdąży. Przetestowane.

    A skoro jesteśmy przy tegorocznych Roratach, warto zrobić małą dygresję, a konkretnie uczynić pełen uznania ukłon w stronę redaktorów Małego Gościa Niedzielnego. Czytelnicy, którzy wraz z dziećmi na Roraty chodzą, pewnie już wiedzą dlaczego… Tym, którzy nie chodzą, tłumaczę. Otóż w bardzo wielu parafiach kazania roratnie dla dzieci oparte są o świetne w formie i treści materiały przygotowywane przez Małego Gościa Niedzielnego. Jak co roku, dzieciaki z wypiekami na policzkach (nie tylko od mrozu), czekają więc na kolejny, roratowy dzień. I kolejną historię podczas homilii…

    W tym roku temat katechez brzmi: „Poszli w ciemno za Światłem”. Podczas każdego z roratnich kazań dzieci poznają historię świętego lub błogosławionego. Zwykłego człowieka, który porzucił wszystko, a po ludzku zachował się jak (Boży) wariat. I mimo wielu trudów, mimo cierpień, prześladowań, poszedł w ciemno za Jezusem. Dzieciaki w naszej parafii, nawet blisko setka (!) słuchają tych historii z otwartymi buziami. Codziennie też wszystkie uczestniczące w Roratach dzieci otrzymują obrazek ze świętym, który mogą sobie wkleić na specjalną, roratnią kartę. Dobry (a subtelny!) sposób, by dzieci do Rorat zachęcić.

    Już półmetek Rorat i Adwentu. Może warto, choćby raz, nastawić budzik. I mimo wszystko, trochę z zaciśniętymi zębami (szczękającymi od mrozu), jak adwentowy Boży wariat, pójść na Roraty? W ciemno i za Światłem.

     

     

     

     

    «« | « | 1 | » | »»

    TAGI: RORATY

    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Ismena
      12.12.2012 15:12
      No to ja się z Tobą nie zgodzę, redaktoro.

      Materiały z Małego Gościa Niedzielnego są znakomite, ale... mam poważne wątpliwości, czy na pewno ich miejsce jest w liturgii. Po pierwsze, dzięki ich użyciu roraty stają się "mszą dla dzieci" (i ich opiekunów). Którą ze swej istoty nie są! Student czy licealista ma dużą szansę się do dostosowanej do percepcji dziesięciolatków celebracji zniechęcić... Nie mówiąc już o tym, że dorośli biegnący na Mszę św. przed pracą mają realną szansę do tej pracy się spóźnić, z racji trwającego w nieskończoność "Małogościowego" kazania. Po drugie, jakoś mam opór przed zastępowaniem homilii głosem lektora z magnetofonu, oraz śpiewu wspólnoty piosenką z tegoż magnetofonu. Msza św. nie jest spotkaniem świetlicowym, no...

      I myślę sobie, że ideałem byłoby, gdyby materiały Małogościowe - autentycznie atrakcyjne - znalazły swoje miejsce na wspólnym spotkaniu na plebanii PO roratach, przeznaczonym już tylko dla dzieci...
    • livka
      12.12.2012 16:17
      Dziękuję, za ten komentarz:-) Jak mówię znajomym, że to nie ja dzieci ciągnę do kościoła, a One mnie, nikt mi nie wierzy. Będę miała teraz namacalny przykład, że nie tylko moje smyki są takie. Pozdrawiam.
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół