• facebook
  • rss
  • Syna wychowam inaczej

    Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 10/2013

    dodane 07.03.2013 00:00

    Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy. Kręgosłup moralny mają zwichnięty, nadwyrężony, a czasami w ogóle go brak. Próbują go „nastawić” księża orioniści z Barskiej. Operacja czasem boli...

    Kiedy miał 10 lat, po raz pierwszy spróbował marihuany. Spodobało mu się. Koledzy z podwórka mieli starszych braci, a starsi bracia mieli narkotyki. Krzysztof zaczął brać. Trochę go złościło, że prowadzi podwójne życie: w Łodzi w sportowej szkole trenował siatkę, a po treningu ćpał. Do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego prowadzonego przez księży orionistów przy ul. Barskiej trafił w wieku 17 lat. Z przerażeniem. Na koncie miał już trzy pobicia, znieważenie funkcjonariusza policji, kradzież, trzyletnią przerwę w edukacji i absolutne przeświadczenie, że w ośrodku jeszcze gorszego bandziora z niego zrobią. Przez dwa lata pobytu na Barskiej, w jego życiu wszystko się zmieniło... – Wróciłem do trenowania siatkówki, chodzę na terapię alkoholową, kończę III klasę gimnazjum, za rok będę miał zawód kucharza małej gastronomii. Planuję iść do sportowego liceum i na studia – mówi, nie kryjąc zadowolenia. I z powagą dodaje: – Będę dalej prostować swoje życie.

    Resocjalizacyjna machina

    Księża orioniści w prostowaniu powykrzywianych dróg mają niemałą praktykę. Jeszcze przed II wojną światową w spadku po ks. Franciszku Toporskim otrzymali mieszczący się przy Barskiej ośrodek wychowawczy. Wraz z wypracowanymi w nim przez lata założeniami – rodzinną atmosferą, kształceniem zawodowym chłopców i rozwijaniem ich pasji. Swoje trzy grosze dołożyli także sami, czerpiąc z chrześcijańsko-ojcowskiego systemu wychowawczego swojego założyciela, św. Alojzego Orione, który główny nacisk kładł na rolę wychowawcy i przekazywanie chrześcijańskich wartości. „Młody człowiek musi być przekonany, że pragniemy jego dobra, że żyjemy nie dla samych siebie, ale dla niego, że kochamy go szczerze” – wielokrotnie powtarzał. Na podstawie tych słów przez lata powstawała resocjalizacyjna maszyneria do „nastawiania” moralnych kręgosłupów.

    W nowym rytmie

    Orzeczenie sądu kierujące do MOW-u na Barską brzmiało dla Krzyśka jak wyrok. Pierwsza reakcja – ukryć się. Nie jechać. Do wyjazdu przekonała go mama. – To były dwa tygodnie długich, trudnych, czasami smutnych rozmów. Ona bardzo wierzyła, że dla mnie to może być szansa. Zrobiłem to dla niej – wspomina. I dodaje: – Bałem się, bo koledzy z podwórka po takich ośrodkach wracali jeszcze gorsi. Z Łodzi na Barską przywieźli go rodzice: mama i ojczym. Z biologicznym ojcem nie ma kontaktu, bo – jak sam mówi – „obydwaj za nerwowi jesteśmy”. Dom z czerwonej cegły mieszczący się nieopodal kościoła św. Jakuba na pl. Narutowicza od ulicy Barskiej jest praktycznie niewidoczny. Od zewnętrznego świata oddziela go gruby mur. – Pierwszej nocy nie spałem. Męczyły mnie wyrzuty sumienia, że mogłem wszystko inaczej poprowadzić, byłbym teraz z rodziną, a nie tu – wspomina. Na początku przerażało go wszystko. Bo wszystko miało swój rytm. 7.15 – pobudka, 8.00 – przygotowanie do lekcji, 8.55 – apel wychowawców po nocnej zmianie, od 9.00 do 13.25 – lekcje w gimnazjum. Wagary nie wchodzą w grę, placówka znajduje się na terenie ośrodka. Potem obiad i apel popołudniowy – raport o zachowaniu uczniów zdają tym razem nauczyciele. Czas na naukę i na rekreację. O 21.00 – cisza nocna. Noc pod okiem wychowawcy. – Trzeba było się dostosować, choć było to trudne – mówi Krzysiek.

    Pomarańczowy regulamin

    Nie zawsze idzie gładko. Bunt przechodzi każdy. Jedni chodzą wewnętrznie „nabuzowani”, inni potrafią „ręce wyciągnąć”. Zdarza się, że kiedy jadą na przepustkę, wracają do ćpania lub... wcale nie wracają. Namierza ich policja. Wówczas brat Zbyszek zostawia wszystko, odpala samochód i razem z wychowawcą jedzie w Polskę, przywieźć, co zginęło. Każde przewinienie ma swoje konsekwencje – przymykania oka nie ma. Na przykład uciekiniera w ośrodku łatwo rozpoznać – przez cztery tygodnie nosi pomarańczowy uniform. Jeśli chce szybciej zamienić go na bluzę i dżinsy, dodatkową partię lekcyjnego materiału musi zaliczyć u wychowawcy. Ci, którzy niedzielę spędzają w ośrodku, zamiast wyjść z grupą do kina czy na łyżwy – przeklinali. Zwrócenie uwagi nie skutkowało. – Nie chodzi o to, by przedstawić im regulamin na zasadzie „nie, bo nie”, ale wyjaśnić, czemu takie zasady służą – mówi Maciej Staniszewski, wychowawca. I dodaje: – Cele są trzy: chcemy, by ukończyli szkołę, wybrali następną i umocnili swoje człowieczeństwo na tyle, by w życiu potrafili dobrze wybierać.

    Chwycić ojcowską rękę

    Kiedyś wystarczyło wybić szybę, by zostać jednodniowym bohaterem. Teraz po bohatersku odrabiają prace domowe, uczą się wysłać listy polecone, robić zakupy, samodzielnie sprzątać ośrodek czy pielęgnować otaczający go ogród. Po bohatersku uczą się także kulturalnego zachowania. Chcą kończyć szkołę, mają swoje plany i marzenia. Kiedy coś w nich pęka? Wielu rozbraja to, co tu zastają – dom. Świeckich wychowawców pracujących w ośrodku jest 14. Z nieznaczną przewagą kobiet. Pracują na zmianę. Choć jak przyznają, słowo „praca” zupełnie tu nie pasuje. – Chłopcy czasami mówią do mnie „tato”. Nie da się z nimi nie zżyć. Kiedy płaczą, płaczę razem z nimi. Cieszę się, gdy odnoszą sukcesy. Gramy razem w piłkę i wspólnie wychodzimy do miasta – przyznaje Maciej Staniszewski. Krzysiek poznał swojego wychowawcę o drugiej w nocy. Gdy wszedł do pokoju, podniósł się z łóżka. Pochwalił go za kulturalne zachowanie. Potem było różnie – raz chwalił, raz zwrócił uwagę. Jak trzeba było – nakrzyczał. Padały mocne słowa. – Tłumaczył mi, że mama za mnie nie przeżyje życia. Dużo o tym rozmawialiśmy. Zdecydowałem się iść na terapię alkoholową, chcę pójść do ogólniaka i na studia. Wychowawca pomógł mi także powrócić do siatkówki – dzięki niemu gram w IV lidze – mówi Krzysiek. I dodaje: – Takiej osoby jeszcze nie miałem w swoim życiu. Bezinteresownie mi pomaga i jest ze mną na dobre i na złe.

    Dają do myślenia

    Wychodzenie, a raczej „wyciąganie” na prostą, to zorganizowane działanie. I szansa, by przed opuszczeniem ośrodka w młodej głowie jak najwięcej się poukładało. We wszystkich sferach. Nauka – każdy z wychowanków już od II klasy gimnazjum bierze udział w specjalnym programie „uzawodowienia”. Podczas warsztatów poznaje swojej talenty i planuje swoją dalszą edukację lub pracę. Wielu korzysta z oferowanych przez ośrodek kursów – kucharza czy stolarza. Sam wychowawca narosłych przez lata problemów „alkoholowo-narkotykowo-rodzinnych” nie rozwiąże. Potrzebni są specjaliści od psyche – na Barskiej dyżurują psychologowie, filia ośrodka w Aninie oferuje turnusy psychoedukacyjne, terapie rodzinne, warsztaty rodzinne i hipoterapię. W rozmowie chłopcy przyznają, że warsztaty o agresji i alkoholu „dają do myślenia”. Są też oczywiście, jak to u zakonników, specjaliści od ducha. – Przychodzę na niedzielną Mszę św. do zakonnej kaplicy. A jeśli mam tylko taką możliwość, korzystam z nabożeństw organizowanych przez księży. Wcześniej wierzyłem w „coś”, teraz sam z siebie wieczorami modlę się do Boga. Zaangażowałem się w wolontariat: pomagam dzieciom chorym na autyzm – mówi Krzysiek. Chłopcy mają wiele okazji do rozwijania swoich zainteresowań – w ośrodku działają sekcje tenisa stołowego, koszykówki, piłki siatkowej, nożnej, siłownia oraz grupa teatralna „Orion”. Obchodzone są także dni patrona ośrodka.Niedzielne popołudnia to czas wycieczek, wspólnego wyjścia do kina czy na basen lub indywidualnie na przepustkę.

    Na zdrowych nogach

    Bramę Barskiej opuszczają po ukończonym gimnazjum. Jak toczą się ich losy? Dokładnych statystyk nikt nie prowadzi. Widać tyle, ile pokaże życie. W zdecydowanej większości pokazuje szczęśliwe zakończenie. – Chcę wrócić do rodzinnych Polkowic. Skoczyć zawodowe technikum i pracować. Wiele rzeczy, których się tu nauczyłem, wykorzystam w swoim domu. Syna wychowam bez agresji – mówi Paweł. Barska była dla niego trzecim wychowawczym ośrodkiem. Niektórzy zostają. Naukę chcą kontynuować w stolicy. Nie czują się jeszcze na tyle silni, by bez pomocy iść w życie. Pod czujnym okiem wychowawców w filii ośrodka w Aninie mogą nadal się „usamodzielniać”. Obecnie w podwarszawskim ośrodku przebywa 18 chłopców. Ci, którym ta trudna, życiowa sztuka stanięcia na własnych, „zdrowych” nogach się udała, po latach zazwyczaj wracają. Chwalą się pracą, studiami, rodziną. Inni piszą listy lub wysyłają SMS-y. Dziękują wychowawcom. Korespondencja, przychodzi także z zakładów karnych. I choć to opowieść o zupełnie różnych losach, ma ten sam ton: „Żałuję, że nie wykorzystałem danego mi czasu”...•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół