• facebook
  • rss
  • Podnosząc pluszaki

    Tomasz Gołąb


    |

    Gość Warszawski 11/2013

    dodane 14.03.2013 00:00

    Ośrodek preadopcyjny w Otwocku. Trafiły tu wszystkie dzieci odnalezione w ostatnich latach w dwóch warszawskich oknach życia. Oprócz nich – prawie tysiąc innych. Niemal wszystkie odnalazły nową, kochającą rodzinę.


    Piotruś ma kilka miesięcy. Po twarzy można poznać, że jego mama piła.
– 99 proc. matek dzieci, które trafiają do naszego ośrodka, nigdy w czasie ciąży nie korzystało z porad lekarskich. Więcej: nie zmieniły one nawet trybu życia: jeśli piły alkohol, piją nadal. Jeśli ćpały, po teście ciążowym, który wskazał, że pod ich sercem rozwija się nowe życie, dalej ćpały. Choć większość nie zrobiła żadnego testu – mówi Dorota Polańska, dyrektor Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku.


    Zerwane więzi


    Takich dzieci do niezwykłego miejsca przy szpitalu na ul. Batorego 44 trafia coraz więcej. Z interwencji sądu, pozostawionych w szpitalach, w oknach życia lub porzuconych. – Za mało jest kampanii uświadamiających skutki picia alkoholu w okresie ciąży – podkreśla Mirosława Romanowska, psycholog kliniczny, który od lat pracuje z biologicznymi rodzicami dzieci, kandydatami do adopcji i samymi dziećmi, które przeżyły zerwanie więzi z rodzicami. Sama jest mamą dla dwóch już dorosłych mężczyzn, których adoptowała w pierwszych miesiącach ich życia. – Te dzieci nie mogą czekać. Trzeba jak najszybciej zacząć niwelować objawy choroby sierocej i znaleźć im rodzinę adopcyjną – mówi.
Ośrodek w Otwocku powstał w 2001 r. na bazie doświadczeń z działalności pierwszego oddziału preadopcyjnego w szpitalu dziecięcym w Dziekanowie Leśnym oraz Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego. Obydwa dzieła powołane zostały przez lekarza pediatrę Marię Bramską, oddaną sprawie szukania lepszego życia dla sierot. Matka czterech synów z mężem została jeszcze rodziną zastępczą dla dwójki innych dzieci. To ona założyła też Fundację Rodziców Adopcyjnych, która dziś w dużej mierze finansuje działalność Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku. Marzyła, by powstało miejsce przypominające dom. Miejsce, w którym zerwane więzi z matką zastąpione zostaną choćby namiastką czułości i ciepła potrzebnego nie tylko w pierwszych tygodniach życia.


    30 domów dziecka


    – Fundację powołali rodzice adopcyjni, którzy rozumieją znaczenie jak najkrótszego pobytu dziecka w placówce opiekuńczej. Nikt tego czasu nie jest w stanie nadrobić, więc chcieliśmy, żeby dzieci spędziły go w kochającej rodzinie – mówi Izabella Ratyńska z fundacji.
Za pieniądze zbierane przez Fundację Rodzin Adopcyjnych w ramach 1 proc. i od darczyńców oraz dzięki umowie z Miastem Stołecznym Warszawą (a od roku z Mazowieckim Centrum Polityki Społecznej) IOP do dziś zatroszczył się o przyszłość prawie tysiąca maluchów, w tym wszystkich 
11 odnalezionych w warszawskich oknach życia. Ponad 900 dzieci znalazło nową rodzinę. Kilka procent powróciło do rodziny biologicznej. Niektóre po ukończeniu roku musiały zostać przekazane do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Gołym okiem widać, jak bardzo takie miejsce było potrzebne. Gdyby nie ono, powstać musiałoby ok. 30 nowych domów dziecka.
IOP zapewnia całodobową opiekę z nadzorem medycznym. Nad wszystkim czuwają: dziewięć pielęgniarek, sześć opiekunek dziecięcych, rehabilitant, wychowawca, pediatrzy, psycholog i lekarze kilku specjalności. Po pierwsze pracownicy starają się o powrót dziecka do rodziny biologicznej. Rodzice mogą być przy dziecku codziennie w godzinach 9–18. Otrzymują wsparcie i często po raz pierwszy uczą się nawiązywać prawidłową więź z dzieckiem. Jeśli mama i tata nie wykazują zainteresowania, ośrodek stara się o regulację sytuacji prawnej dziecka i wspiera pierwsze kontakty z rodziną adopcyjną lub zastępczą. Okres pobytu dziecka w Otwocku to średnio trzy miesiące.


    Maskotka wypada z łóżeczka


    Środa to dzień obchodu. Wszyscy specjaliści z placówki po kolei badają wszystkie dzieci. Cieszy każdy postęp i oznaka zdrowienia. Przy każdym z 20 łóżeczek wisi karteczka: z imieniem, datą urodzenia, przy główce leży pluszak z imieniem dziecka, nad nim – karuzela.
– Normalnie jest tak, że dziecko poznaje to, co ma najbliżej: skupia uwagę na piersi mamy lub smoczku, potem zaczyna dostrzegać rodziców, dopiero na końcu jakąś zabawkę. My musimy tę kolejność sztucznie odwrócić: to pluszak jest pierwszy, bo mama zdecydowała się odejść. I często bywa, że dzieci traktują te zabawki tak samo jak zostały potraktowane: wyrzucają je z łóżeczek – mówi psycholog.


    Janek nie dożyje


    Piotruś ma szczęście. Już czeka na niego rodzina, która adoptowała jego starsze rodzeństwo. Ale w IOP są dzieci, które prawdopodobnie nigdy nie znajdą nowych rodziców. Janek ma genetyczną wadę jelit. Karmiony jest pozaustrojowo, prawdopodobnie nie dożyje wieku szkolnego. Jego starszy brat zmarł jako niemowlę – tak jak wszyscy mężczyźni w rodzinie jego matki. Tomek urodził się w 42. tygodniu ciąży, ale ważył tyle, co półtorej torebki cukru. Rodzice go nie pokochali. Chociaż był rozpieszczany, całowany i noszony na rękach przez opiekunki, miał chorobę sierocą i koszmary senne. Cały czas żył w swoim świecie. Było mu wszystko jedno, kto go weźmie na ręce, a łóżeczko w ośrodku było jedynym miejscem, w którym potrafił zasnąć. Trafił do adopcji, kiedy miał cztery miesiące. Pierwszy raz przytulił się, kiedy skończył rok.
– To nie zaburzenia i dysfunkcje są najgorsze. Tu nie ma dzieci ze świetnych, dobrze prowadzonych ciąż. Największe cierpienie tych dzieci to choroba sieroca, która nie objawia się – jak się powszechnie myśli – jedynie kiwaniem się dziecka w łóżeczku. My obserwujemy ją na wiele innych sposobów, i to już u najmłodszych dzieci. Bo potrzeba przywiązania jest większa niż potrzeba jedzenia – mówi psycholog Mirosława Romanowska. I przyznaje, że żadna nawet najlepsza instytucja nie zastąpi mamy. Choćby sądy rodzinne, które zwlekają z uregulowaniem sytuacji prawnej dziecka, łudziły się, że jest inaczej.


    Nie znają nawet daty urodzin


    Dzieci, które trafiają do IOP w Otwocku, mają od kilku dni do kilku miesięcy. Przebywają tu najwyżej do ukończenia pierwszego roku życia. W tym czasie pracownicy: od pani Jadzi, która prasuje tu codziennie stosy dziecięcych śpioszków, po fizjoterapeutę, neurologa i pracownika socjalnego robią wszystko, żeby dobrze przygotować dzieci i znaleźć im rodzinę adopcyjną. Maluchy są w ośrodku kompleksowo badane. NFZ nie refunduje diagnostyki w kierunku HIV, żółtaczki zakaźnej czy toksoplazmozy. Ale IOP pragnie, żeby jak najszybciej przystąpić do leczenia ewentualnych schorzeń. Dlatego na własny koszt wykonuje nawet takie badania, jak USG głowy, brzucha czy stawów.
– Dzieci, które trafiają pod naszą opiekę, mają bardzo różną historię. Są też takie, co do których nie jest pewna nawet data ich narodzin. Dlatego chcemy, żeby ośrodki adopcyjne, które kierują do nas potencjalnych rodziców, miały pełną wiedzę o stanie zdrowotnym dziecka. Dzięki temu chętni do przyjęcia ich pod swój dach unikają rozczarowań – mówi Dorota Polańska. I podaje przykłady wielu dzieci, które mimo trudnej diagnozy, w kochającej rodzinie świetnie się rozwijają i zdrowo rosną.


    Bieda nie wyrzuca. 
Więc co?


    Wbrew powszechnej opinii, to nie bieda popycha matki do oddania do adopcji czy porzucenia swoich dzieci. – Choć taką motywację matki podają najczęściej, bo to argument społecznie akceptowany. Z reguły powodem jest zwykła samotność, brak bliskich osób, które powiedzą: poradzimy sobie – mówi dyrektor ośrodka.
Porzucenie jest największą raną, jaką można zadać małemu dziecku. Także takiemu, które nie jest jeszcze świadome braku najbliższych. – Gdy dziecko, które przez 9 miesięcy słuchało głosu swojej matki, zna jej sposób chodzenia i zwyczaje, przestaje słyszeć jej głos, zerwane zostają najważniejsze dla niego więzi. W jej miejsce pojawia się 
20 innych osób, które na 20 swoich sposobów przewijają je i karmią. Nie jesteśmy w stanie zastąpić matki, ale możemy zrobić wszystko, żeby czas spędzony bez niej był jak najkrótszy, a „jakość tego czasu” najlepsza – mówi Dorota Polańska.


    Pod okiem aniołów


    W Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym pracują ludzie, którzy pokochali dzieci i tę pracę. Może dlatego w ciągu 7 lat, gdy kieruje nim Dorota Polańska, odeszło zaledwie dwóch pracowników. – Pracuję z tymi dziećmi już tyle lat, ale wczoraj, gdy okazało się, że jakieś dziecko straciło szansę na nową rodzinę, znowu płakałam jak bóbr – mówi psycholog.
W każdym pomieszczeniu ośrodka wisi ten sam obrazek. Oko na wszystko mają tu święci archaniołowie: Michał, Gabriel i Rafał. – Nie można stąd wyjść o 16.00 i „wyłączyć się”. Myślę, że jeśli przyjdzie dzień, gdy przejdę obojętnie obok tego, czy dziecko będzie tu dzień dłużej, czy krócej, powinnam przestać tu pracować – mówi Dorota Polańska.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      12.05.2016 10:33
      Nie zgodzę się z tym że ośrodki robią wszystko by dziecko jednak zostało z biologiczna matką jeśli ta oddaje z powodu biedy. Tak naprawdę nie robi się nic.
    • Gość
      09.01.2017 15:41
      Pani Dorocie Polanskiej latwo jest oceniac nie znajac rzeczywistych powodow takich decyzji matek. Jako dyrektorka takiej placowki powinna wspierac a nie krytykowac rodziny biologiczne. Napewno kazda rodzina biologiczna chce dobrze dla swojego dziecka. Robi to z mysla o jego przyszlosci a tu az nie chce sie przyjezdzac w odwiedziny do dziecka skoro jest sie z gory ocenianym i uwazanym za patologie.
    • Gość
      11.05.2017 09:28
      Nie zauważyłam aby ktoś oceniał rodziców biologicznych w artykule. Próba usprawiedliwiania działań rodziców którzy porzucają dziecko w powyższym komentarzu jest żałosna. Tak naprawdę NIC nie usprawiedliwia porzucenia własnego dziecka. NIC nie usprawiedliwia chlania i ćpania w czasie ciąży.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół