• facebook
  • rss
  • Masz żyć!

    Joanna Jureczko-Wilk, Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 14/2013

    dodane 04.04.2013 00:00

    Boże miłosierdzie. „Paralityk” i były gangster. Jeżdżą od miejsca do miejsca i opowiadają o cudach, jakie Jezus uczynił w ich życiu.

      Zygmunt kiedyś nie mówił i nie rozróżniał dźwięków. Teraz koncertuje i jest wirtuozem gitary
    Joanna Jureczko-Wilk
    Nazywał się już Józef, Tomek, Zbyszek i miał kilka dat urodzenia. Ostatecznie jako 24-latek przed urzędnikiem wybrał imię Zygmunt, nazwisko – z książki telefonicznej – Romanowski. Został więc Zygmuntem Romanowskim, który na świecie wziął się nie wiadomo jak i skąd. Był podrzutkiem, paralitykiem na skraju śmierci, niemową... Teraz jeździ po całym świecie i koncertuje na chwałę Boga, który „uczynił mu wielkie rzeczy”. Z dzieciństwa pamięta szpital, kroplówki i samotność, strach. Po wirusowym zapaleniu rdzenia kręgowego przez prawie trzy lata pozostawał sparaliżowany.

    Miał metalowe płuca, które za niego oddychały, i rurkę, przez którą podawano pokarm. Choroba miała ciężki przebieg i lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Najgorsze jednak było to, że zwątpili w niego rodzice – porzucili go wtedy, gdy najbardziej ich potrzebował. Pozostawili samego, bez pomocy, miłości, korzeni... Mimo złych prognoz po dwóch latach sparaliżowane ciało zaczęło wracać do życia. Jedyną „pamiątką” pozostał niedowład lewej nogi. – Po przebytej chorobie okazało się też, że jestem niemową, i wszystko wskazywało na to, że zostanę nim do końca życia – wspomina Zygmunt Romanowski. – W ochronce prowadzonej przez siostry zakonne, do której trafiłem ze szpitala, dzieci w różny sposób mi dokuczały. Jedną z takich „zabaw” było sikanie do mojego łóżka i zrzucanie winy na mnie. Nie mogłem się obronić ani poskarżyć. Kiedyś, a miałem wtedy siedem lat, nie wytrzymałem i z tego wielkiego rozżalenia krzyknąłem. Siostry osłupiały i zaraz za ten wyczyn obsypały mnie cukierkami. Od słów modlitwy rozpocząłem żmudną naukę mówienia.

    Na przekór losowi

    Ale życie szło mu opornie. Między szpitalami, domami dziecka i sanatoriami. Zawodówkę radiowo-telewizyjną w Poznaniu, gdzie uczył się naprawiać telewizory, ledwo skończył. Potem jednak coś się przełamało. W technikum dla niepełnosprawnych był prymusem. Bez egzaminów dostał się do krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, później też do Akademii Ekonomicznej. Ukończył studia z cybernetyki, ale nie widział siebie wśród naukowców. Wolał robić coś, co było dziękczynieniem Bogu za dobro, które w życiu otrzymał. A tego, że dostał „z góry” niezwyczajnie wiele, był już wtedy zupełnie pewny. Jakby na przekór losowi: żyje, jest zdrowy, samodzielny, ma przyjaciół i... przepiękny, dźwięczny głos. – Jako nastolatek bardzo chciałem być lubiany przez rówieśników. Prosiłem więc siostrę-organistkę z pobliskiej kaplicy, żeby nauczyła mnie grać na pianinie – wspomina Zygmunt. – Przez dwa lata cierpliwie uczyła mnie nut, znosiła moje tłuczenie nie w te klawisze, co trzeba, bo byłem muzycznym beztalenciem. Po dwóch latach coś się odblokowało, nauczyłem się grać na pianinie, potem na gitarze. Na studiach śpiewałem i komponowałem.

    Dziękuje za dobro

    Teraz Zygmunt objechał już ponad 30 krajów, koncertując w kościołach, domach dziecka, więzieniach i wszędzie tam, gdzie chciano słuchać jego świadectwa. Występował też w Castel Gandolfo na zaproszenie Jana Pawła II, a ostatnio także w stołecznym kościele Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie. Pięknie śpiewa w różnych językach, mistrzowsko gra na gitarze. A wszystko – jak mówi – „dziękując Bogu za Jego Miłosierdzie”. – Jestem żywym przykładem dobroci Boga – podkreśla Zygmunt. – Każdy mój niedostatek każde cierpienie Bóg przemieniał w dobro. Teraz staram się, żeby moje życie było wielkim podziękowaniem za cuda, które mi uczynił. W czasie koncertów sprzedaje swoje płyty i autobiografię, a część dochodu przeznacza na cele charytatywne. Zachęca też innych do wsparcia zbożnych dzieł. I tak wspólnymi siłami udało się pomóc w ponad 20 inwestycjach, m.in. budowie pięciu kościołów, Hospicjum św. Brata Alberta w Dąbrowie Tarnowskiej, szkoły dla dzieci niepełnosprawnych w Wieliczce, Domu Samotnej Matki w Krakowie. Mimo ciężkich życiowych doświadczeń Zygmunt ma sobie niezwykłą pogodę ducha i radość, która udziela się każdemu, z kim rozmawia. Nie narzeka, nie uskarża się, swoje życie widzi z perspektywy wielkich łask, które otrzymał. I modli się, żeby Bóg dał mu jeszcze jedną: – Od lat wędruję po świecie i mam nadzieję, że kiedyś moi rodzice o mnie usłyszą, rozpoznają mnie i podejdą... – mówi. – Nie mam do nich żalu, chciałbym im podziękować, że dali mi życie, że pozostawili mnie pod opieką innych. Ale też chciałbym ich poznać, dowiedzieć się, jak naprawdę się nazywam, ile mam lat, jakie są moje korzenie. Chciałbym ich uściskać.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Magdalena
      03.10.2017 20:34
      A ja mam tą przyjemność znać tego cudownego człowieka!!!! Zygmunt jest fantastycznym człowiekiem i genialnie gra na gitarze. I dodaję Alleluja! Pozdrawiam Zygmincie
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół