• facebook
  • rss
  • Matko, już nie płacz


    dodane 02.05.2013 00:00

    O przedsionku nieba, „groźnych” słowach Matki Bożej i karze, którą może powstrzymać tylko nawrócenie, z Władysławą Papis
 rozmawia Tomasz Gołąb.

    Tomasz Gołąb: Jak się żyje komuś, kto spotkał Matkę Bożą i Pana Jezusa? Nam trudno zrozumieć i uwierzyć w to, co dzieje się na ołtarzu, a Pani spotkała ich „na żywo”.


    Władysława Papis: Wcale nie dziwię się, że nawet moja mama miała wątpliwości. Gdyby do mnie przyszło dziecko i powiedziało, że widziało Matkę Bożą czy Pana Jezusa – też bym się zastanowiła. Nie jestem taka łatwowierna. Ale swoim dzieciom o objawieniach powiedziałam bardzo późno, gdy były dorosłe. Chociaż przychodziliśmy z nimi i mężem na Siekierki.


    Kard. Kazimierz Nycz polecił zbadanie prawdziwości objawień, które przeżyła Pani w 1943 r. na Siekierkach.


    To będzie na pewno ważne, bo ludzie nie będą mieli wątpliwości. W tej chwili różnie myślą. Dla mnie najważniejsze, że jest tu kościół, są księża, są udzielane sakramenty święte. Są kolejki do spowiedzi, a w święto 90 proc. ludzi przystępuje do Komunii św. Cały kościół ludzi. Najważniejsze, że Pan Bóg i Matka Boża odbierają tu chwałę. Ale wielu ludzi, nawet w Warszawie, nie zna tego miejsca. Prawie wszyscy, którzy tu przychodzili w czasie objawień, już nie żyją. Wielu się wyprowadziło z Siekierek. Gdyby Kościół uznał oficjalnie prawdziwość objawień, ludzie by tu szli. Sama nigdy od nikogo nie usłyszałam, że to, co przeżyłam, jest kłamstwem. Nawet ks. Jan Szmit, zmartwychwstaniec, który uczył mnie religii, nigdy nie użył słowa „nieprawda”. Chociaż, kiedy dowiedział się od dzieci, że widzę Matkę Bożą, wysłuchał i powiedział mi: objawienia mogą być prawdziwe, ale też mogą być na tle chorobowym. A jednocześnie prosił moją mamę, żebym zapisywała wszystko: datę, treść i czas objawień. Dzięki niemu zachował się z tego czasu dzienniczek.


    Jak powstawał?


    Matka Boża niektóre rzeczy jak litanię czy koronkę – wręcz dyktowała. Czekała, aż skończę pisać, i dyktowała dalej. Później te zapiski, pisane przez dziecko, więc z błędami ortograficznymi, przepisane zostały na maszynie i przekazane kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. W formie książki ukazały się na 60-lecie objawień. Rozumiem, że Kościół jest bardzo sceptycznie nastawiony do wszelkich objawień i że trzeba nieraz wiele lat czekać, zanim wyda o nich opinię.


    Czy objawienia miały jakiś skutek w Pani prywatnym życiu?


    To trudno powiedzieć. Chyba dlatego, że ja byłam wówczas dzieckiem. Po prostu nie wiem, jak potoczyłoby się życie, gdybym nie miała objawień.


    Czy ten obraz objawień jeszcze w Pani trwa, czy słowa Jezusa i Maryi jeszcze brzmią w uszach?


    Tak bez przerwy chyba nie, bo nie mogłabym chodzić i normalnie żyć. A wybrałam życie świeckie: miałam rodzinę, czworo dzieci... To niemożliwe, żebym ciągle „widziała”, bo nic innego nie mogłabym robić. Ale gdy tylko usiądę, wezmę zapiski, wszystko robi się znowu żywe.


    Zobaczyła Pani kawałek nieba, Matkę Bożą w obłokach, Pana Jezusa twarzą w twarz. Czuła się Pani jak w niebie?


    Gdy zobaczyłam Matkę Bożą, było to coś nieziemskiego. Z pewnej odległości, z okna zobaczyłam świetlistą postać w jasności, ale nie widziałam twarzy. To była postać kobiety, młodej dziewczyny, była bardzo szczupła. Białe kwiaty wiśni zdawały się martwe przy tej postaci. Była podobna do Matki Bożej malowanej na obrazach, choć do żadnego znanego z mojego domu. Wtedy zaczęłam przecierać oczy, otworzyłam lufcik. Patrzyłam z jednej, z drugiej strony, czy rzeczywiście widzę, czy mi się to wydaje. Chciałam się upewnić. Ale kiedy nie znikała, kiedy zobaczyłam, że rzeczywiście widzę, uznałam, że w jakiś godny sposób należy tę Matkę Bożą przywitać. Że jakoś się zachować należy, bo przecież... Zaczęłam się modlić. Gdy uznała modlitwę za skończoną, poruszyła się, żeby może upewnić mnie, że jest żywa, nieco się uniosła, zniżyła i zniknęła.


    Matka Boża mówiła o karze z rąk jej Syna, której nie może powstrzymać: „On was ukarze, jeśli się nie nawrócicie”. Pani to nie przerażało?


    Zastanawiałam się czasem, dlaczego Pan Bóg dopuścił potop? Widział przecież, że ludzie giną... Zrozumiałam, gdy kończyłam kursy katechetyczne. Wtedy ksiądz powiedział, że dopiero gdy ludzie nie widzieli żadnego dla siebie ratunku, nawracali się. Zrozumiałam, że dobroć Boga polega właśnie na tym, że człowiek może zawsze się nawrócić. Także Matka Boża może wyprosić dla nas więcej łask, gdy ją o to prosimy. Ona idzie wówczas do Syna i mówi: „Oni proszą, oni się nawrócą, oni będą dobrzy...”. A jeśli się odwrócimy? W czasie objawień też tak było. Była wojna. Ale pierwsze słowa, które Matka Boża powiedziała: „zapal lampkę”, dziś wydają się takie banalne. Stała u nas figurka Matki Bożej na ołtarzyku i paliła się nieraz lampka oliwna, która zgasła. Teraz różnie sobie to interpretuję: można powiedzieć, że to było przygotowanie do modlitwy, przez zapalanie światła. Po chwili powiedziała: przynieś różaniec. Ale ja nie umiałam odmawiać Różańca.


    I Matka Boża uczyła Panią...


    Tak. To światło i ten różaniec, to przygotowanie do modlitwy. Żeby nie była ona taka bezmyślna, ale żeby była z odpowiednim nastawieniem.


    A gniew Pana Jezusa? Dlaczego to wówczas Matka Boża występowała z takim orędziem. Czy świat był wtedy gorszy niż dziś?


    Najpierw Matka Boża pokazała się bez słów. Obok niej zobaczyłam szarą kamienną tablicę z wyrytą cyfrą rzymską X. Matka Boża przypomniała o zachowaniu przykazań. Najpierw nie skojarzyłam tego, bo w zeszytach nad cyfrą i pod nią pisaliśmy kreski. Więc w pierwszych zapiskach zanotowałam, że to była litera x. To było jednak przypomnienie o zachowaniu dekalogu. Gdy widziałam Matkę Bożą smutną, gdy mówiła: „Idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”, modliłam się: Matko Boża, zabierz moje książki, zabierz moje lalki i zabawki, weź wszystko, niech dzieci bardziej mi dokuczają, niech się śmieją ze mnie, tylko nie płacz. Taka była modlitwa dziecka. Pan Jezus wtenczas mówił: „Jeśli lud się nie nawróci, będą straszne choroby, krew będzie płynęła rynsztokami, śmierć będzie dla was straszna. Woła do was Chrystus Pan do całego świata”. Ale powiedział też: „Bóg nie chce ludzi karać. Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia”. W ostatnim objawieniu powiedział: „Zbliża się godzina, gdy Syn Boży będzie wydany i ukrzyżowany. Krzyżują Mnie ci wszyscy, którzy Mnie znieważają. Wynagradzajcie Mi za nich, albowiem świat zaginie. Brońcie Mnie, albowiem Ja was kiedyś obronię. Nie odchodźcie ode Mnie wy, którzy Mi służycie”. Ile sekt dziś, ile odejść, także kapłanów? To wszystko aktualne.


    Czy te objawienia już się według Pani wypełniły? Matka Boża zapowiadała zakończenie wojny – zakończyła się. Zapowiadała kult na tym miejscu – cały czas trwa, przyjście kapłana – są pijarzy.


    Trudno odpowiedzieć. Czasem, gdy coś nowego się dzieje, człowiek doszukuje się nowych znaczeń. Ale dużo się wypełniło. Ludzie nie chcieli wówczas wierzyć bez jakichkolwiek wątpliwości i krytyki. Matka Boża podyktowała litanię i koronkę, ale ludziom to nie wystarczyło. I mówili mi: Niech Matka Boża uczyni cud. Ja uważałam, że to nie wypada po prostu. „Ale powiedz, że ludzie o to proszą” – naciskali. Musiałam więc spytać. Matka Boża odpowiedziała: „Niedługo zadzwonią dzwony i wszyscy uwierzą, że ja tu byłam”. A przecież tu nie było żadnego kościoła, prócz maleńkiej kapliczki na wiśni. A w warszawskich dzwonnicach i wieżach też było pusto, bo ludzie pochowali dzwony, albo Niemcy zabrali. Równe 50 lat czekaliśmy, aż dzwon zadzwoni na tej wieży przy kościele.


    Czemu Matka Boża objawiła się na Siekierkach?


    Ludzie też zastanawiali się, dlaczego Matka Boża się objawia. A Ona powiedziała: „Przyszłam do was, abyście wiedzieli, że gdy będziecie szli śladami moimi, nie zginiecie”. To była wojna, aresztowania, co chwilę rozstrzeliwania. Ale przychodziło tu 100, 200, 500 osób. Trwała nieustanna modlitwa. Ulicą Gwintową codziennie maszerowało wojsko na forty, na ćwiczenia. Nie wolno było organizować żadnych zgromadzeń, a Matka Boża mówiła, żeby śpiewać „Boże, coś Polskę”. Ludzie się bali, drżeli ze strachu. Ale Ona mówiła: „Na moje słowa, gwiazdy mogą spadać i słońce się zaćmi. Ziemia się rozstąpi i będą przepaście. Idź z krzyżem i z różańcem, a ja cię osłonię. Choćbyś cierpiała, nie bój się, bo jesteś pod moim płaszczem”. I Pan Jezus też powiedział: „Choćby z nieba siarczysty ogień leciał, a ty będziesz pod gołym niebem, jak będziesz ufała Mnie i Matce Mojej, nie zginiesz”. I rzeczywiście, nie było żadnych aresztowań. Później tylko w Powstaniu Warszawskim, 23 sierpnia, Niemcy wszystkich mężczyzn zabrali. Spalili Siekierki. Później Matka Boża mówiła często: „Naśladujcie mnie i Syna mojego”. Ostatnie słowa Pana Jezusa brzmiały: „Odchodzę, a wy zanoście prośby do Matki Mojej, bo Ona was teraz słucha”. Kiedyś ks. Józef Joniec porównał te słowa do słów Pana Jezusa na krzyżu. Pan Jezus jakby postawił Matkę Bożą na pierwszym miejscu, mówiąc nam: przez Nią się módlcie, Ona za wami oręduje.
•



    Spotkaj świadka


    Władysławę Papis można spotkać w sanktuarium na Siekierkach kilka razy w miesiącu. Każdego 3. dnia miesiąca w godz. 12–15 w kościele odbywa się adoracja Najświętszego Sakramentu. Każdego 11. dnia miesiąca o godz. 11 odprawiana jest Msza św. dla chorych. W sobotę przed każdą trzecią niedzielą miesiąca odbywa się nocne czuwanie (w godz. 21–5) z Mszą św., adoracją oraz procesją do miejsca objawień. W czwartą niedzielę miesiąca Władysława Papis
o godz. 12 mówi świadectwo o objawieniach sprzed 70 lat,
a 28. dnia miesiąca uczestniczy w czuwaniu w intencji narodu i ojczyzny (w godz. 15–17.15).

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół