• facebook
  • rss
  • Iris poznaje prawdę

    dodane 02.01.2014 00:00

    Przeszli piekło. Józef Marciński do dziś budzi się zlany potem, nie mogąc złapać powietrza na wspomnienie okrucieństwa SS-manów. Miał tyle lat co młoda wolontariuszka Stowarzyszenia Maksymiliana Kolbego, która opiekuje się nim dziś w Warszawie. Więźniów nazistowskich obozów ubywa jednak każdego dnia.

    Józef Marciński przechowuje skrawek materiału, który udało się wydrzeć z obozowego pasiaka już po wyzwoleniu obozu. Bracia nie mieli tyle szczęścia. Jeden zginął od strzału w głowę, bo nie wytrzymał morderczego marszu. Ciało drugiego osobiście zaniósł do krematorium, żeby nazista nie wbijał mu, jak innym zmarłym z wycieńczenia, bosaka w brzuch. Czterech było braci. I ojciec.

    Zmieść wszy z oczu

    Urodził się na Targowej, pod piętnastką. Józef należał do siódmego pokolenia w rodzinie Marcińskich, chrzczonego w katedrze św. Floriana na Pradze. Z powstania z braćmi i ojcem trafił przez Pruszków do Niemiec. We Flosenbürgu w Bawarii dostał numer 18625. Trafił do podobozu w sudeckich Litomierzycach, niedaleko dzisiejszej Pragi. Pracował od września 1944 r. do marca 1945 r. po kilkanaście godzin dziennie. W pyle wykuwanych wapiennych korytarzy, bez wentylacji, z wycieńczenia umierało nawet 400 więźniów dziennie. Jemu Bóg uratował życie. – Drążyliśmy tunele pod fabrykę zbrojeniową dla Niemców. Powstało tam, pod ziemią, 30 kilometrów – wspomina. Minęło tyle lat, a wciąż z trudem opanowuje wzruszenie. Opowiada, chociaż wie, że dziś w nocy z przerażenia nie będzie spał. Przez pół roku tylko raz widział słońce, gdy po porannym apelu nie puszczono więźniów do pracy. Wszyscy dostali kurzej ślepoty, ale nie pozwolono zamknąć oczu. Każdemu nowemu golono połowę głowy. W obozach panowały straszne choroby i wszy. – Rano trzeba było „zmieść” je palcem z oczu, bo nie dało się ich inaczej otworzyć. Na piersi miałem rany do żywego od pogryzień – mówi.

    Jedli drewniaki i trawę

    Gdy w listopadzie dostał tyfusu plamistego, chciał za wszelką cenę uniknąć wysłania do bloku 3. Tam takich zabijano zastrzykiem w serce. Dwukrotnie zbity przez SS-mana trzonkiem od kilofa przeżył wysoką gorączkę, chociaż po śniegu musiał chodzić boso, a czasem wraz z innymi więźniami stać całą noc na placu apelowym. Do dziś na wspomnienie tamtych kilku miesięcy budzi się zlany potem, nie mogąc złapać powietrza. Chociaż minęło prawie 70 lat. – Bywały chwile, gdy zjadaliśmy własne drewniaki i trawę – mówi pan Józef, cytując brzmiące jeszcze w pamięci komendy nazistowskich oprawców, których słuchał aż do 12 maja 1945 r. – W 1990 roku było nas w Polskim Związku Byłych Więźniów Hitlerowskich Obozów ponad 900. Dziś zostało zaledwie 27 – mówi, nie wstając już z łóżka. – To prawda, każdego miesiąca jest nas coraz mniej – potwierdza Alicja Kubecka, więźniarka Ravensbrück.

    Przerzucanie mostów

    Kiedy wybuchło powstanie, miała 17 lat. Zgłosiła się na ochotnika. Ojciec zginął na Woli, ją aresztowano na Starówce. Trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd do pod- obozu Fürstenberg, nad jeziorem Schwetz. Numer obozowy pamięta do dziś – 66208. Niczego zresztą nie da się ani wymazać, ani przykryć innymi doświadczeniami. Początkowo pracowała w ogrodzie obozowym, po miesiącu trafiła do komanda Genshagen w Ludwigswende do fabryki Mercedesa, gdzie stała przy taśmie, naprawiając silniki samolotowe. Pod koniec kwietnia 1945 r. fabrykę ewakuowano. Wyzwolona po „marszu śmierci”, prowadzącym przez las w okolicach Windstocku, wróciła do Warszawy, do matki i młodszej siostry. Przez wiele lat wspomnienie niemieckiej mowy wzbudzało w niej odrazę. Pierwszy raz przekroczyła granicę w latach 80. – Jakoś wytłumaczyłam sobie, że przecież nie każdy Niemiec jest SS-manem, który chce zdeptać nas swoim butem. I zobaczyłam zupełnie inny naród: otwarty, życzliwy, jakby próbujący naprawić to piekło, którego doznałyśmy – mówi. Chciała wyciągnąć rękę, choć przyznaje, że nie było łatwo przekroczyć znowu bramy obozowe. Stara się przerzucać jednak most przyjaźni nad historią pełną krzywd i nienawiści, jeżdżąc do Niemiec nawet kilka razy w roku, żeby opowiadać młodym Niemcom o swoich doświadczeniach obozowych. Pytają, czy miała zabawki, czy w obozie była piaskownica, czy miała kolorowe ubrania... A ona opowiada o koleżankach – ofiarach medycznych eksperymentów, których rany nigdy się nie goiły, i o tym, że całe powstanie przechodziła w jednej sukience – tej samej, w której przyjechała do Ravensbrück. Opowiada o krzaku róży zasadzonym po wojnie przez Francuzki w miejscu kaźni tysiąca kobiet. I o tym, że coroczne spotkania byłych więźniarek na terenie dawnego obozu kończą się zanurzeniem róż w jeziorze, na dnie którego spoczywają prochy ponad 90 tys. kobiet zamordowanych w Ravensbrück. Między innymi 50 tys. Polek.

    Dar Boga

    Róża jest także symbolem stowarzyszenia Ojca Maksymiliana Kolbego z Freiburga, które do chwili obecnej świadczy pomoc finansową i moralną byłym więźniarkom. Pomaga m.in. w zakupie leków, wózków inwalidzkich czy sprzętu rehabilitacyjnego, organizuje 2-tygodniowe turnusy sanatoryjne w Polsce i wyjazdy wypoczynkowe do Niemiec. Podopieczni Stowarzyszenia Ojca Maksymiliana Kolbego właśnie odebrali świąteczne paczki przygotowane dla osób 90-letnich i obłożnie chorych. Ale co roku Stowarzyszenie przygotowuje ich mniej, w tym roku – 340. W każdej paczce był też list, z życzeniami i przypomnieniem 40-lecia istnienia organizacji. „Spoglądamy wstecz na naszą działalność w służbie pojednania, która przyczyniła się do wzrostu wzajemnego zaufania i przyjaźni między Niemcami i Polakami. Jest to dar Boga” – napisał szef stowarzyszenia, Wolfgang Gertner. – W całej Polsce żyje już tylko ok. 6 tysięcy byłych więźniów hitlerowskich obozów, a po wojnie było nas 70 tys. W okolicach Warszawy zostało może tysiąc. Staramy się spotykać, organizować potrzebną pomoc – mówi Alicja Kubecka. Stowarzyszenie powstało po wizycie i z inicjatywy grupy niemieckich katolików w Oświęcimiu, którzy spotkali żyjących w skrajnej biedzie byłych więźniów. Poruszeni tym faktem Alfons Erb, a później także jego córka Elizabeth przez wiele lat poświęcali się pracy w Maximilian-Kolbe-Werk, zanim jeszcze o naprawieniu wyrządzonych krzywd czy finansowym zadośćuczynieniu mogły myśleć rządowe instytucje. Na patrona stowarzyszenia świadomie wybrali postać świętego franciszkanina, który w 1941 r. oddał swoje życie, by ratować współwięźnia.

    Osoby zaufania

    Niewielki pokoik w piwnicach Domu Kombatanta u zbiegu Al. Ujazdowskich i ul. Pięknej ledwie mieści dwa biurka i szafę. Na drzwiach niepozorny szyld Mazowiecko-Podlaskiego Stowarzyszenia Pomocy Byłym Więźniom Politycznym Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych, Gett i Więzień Gestapo. Tu ma siedzibę warszawski oddział stowarzyszenia. W Polsce działa ono dzięki „osobom zaufania”. Takim jak Małgorzata Bonik-Polak, sekretarz stowarzyszenia, która straciła w Oświęcimiu ojca kilka miesięcy przed tym, jak zastrzykiem fenolu dobity tam został św. Maksymilian. – Mama zawsze mówiła, że ojciec się nami opiekuje. Ja tych cudów doświadczam w każdej chwili, podobnie jak opieki św. Maksymiliana. Sama na słowo „Oświęcim” wyłączała radio, ale gdy zmarła, poczułam, że muszę miejsce jego śmierci odwiedzić. Pojechałam z krzyżem i telegramem zawiadamiającym o śmierci ojca. Trafił do obozu z pierwszym transportem z Warszawy, 15 sierpnia 1940 r. Zmarł pół roku później, 28 stycznia. Udało się dostać do bloku ósmego, gdzie przebywał – wspomina Małgorzata Bonik-Polak, przyznając, że dopiero w Oświęcimiu i potem, wracając z urną symbolicznych prochów, odzyskała spokój ducha i przekonanie o bliskości ojca.

    Ostatnie pokolenie

    Poza pielęgniarką, która dociera w Warszawie do najbardziej potrzebujących, stowarzyszenie opiera się głównie na pracy wolontariuszy. Także bardzo młodych ludzi, m.in. z Niemiec, którzy przyjeżdżają do Polski, żeby przez rok pracować na rzecz byłych więźniów i pomagających im organizacji. Przez kilka dni w tygodniu odwiedzają ich w mieszkaniach, pomagając w codziennych zakupach, sprzątaniu, czasem po prostu towarzysząc im lub słuchając. Iris przyjechała do Polski we wrześniu w ramach akcji Znaku Pokuty Służby dla Pokoju. Młoda Niemka przyznaje, że w szkole niewiele mówią im o nazistowskich obozach. Większość jej znajomych od niej dowiedziała się, że ginęli w nich nie tylko Żydzi, ale także Polacy i inne narodowości. Jej dziadek był niemieckim żołnierzem. Ale w rodzinach niemieckich nie wraca się do historii. To od Józefa Marcińskiego, którym opiekuje się razem z Ukrainką Olgą, usłyszała o wszystkich okrucieństwach nazistowskich obozów. Patrząc na jego opuchnięte nogi, którymi musiał godzinami wystawać na śniegu i mrozie i kuć tunele pod niemiecką fabrykę zbrojeniową, zdaje sobie sprawę ze szczególnej odpowiedzialności swojego narodu. – Może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może posłuchać jeszcze świadków tych zbrodni – mówi łamaną polszczyzną. – Oni będą tworzyć nowy świat. Powinni to umieć robić jako bracia, nie wrogowie. Żeby już nigdy nie było wojen – mówi Józef Marciński. Dziś nauczył mówić Iris: „Szczęśliwego Nowego Roku”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół