• facebook
  • rss
  • Prowokując niebo


    Hanna Karolak


    |

    Gość Warszawski 03/2014

    dodane 16.01.2014 00:00

    Żaden spektakl Dostojewskiego nie może być jedynie kształtem estetycznym, 
ale rodzi się z doświadczenia moralnego, jest próbą dyskursu o istocie człowieczeństwa

    Każde wystawienie na scenie Dostojewskiego jest wydarzeniem. Tym większe oczekiwanie na rezultat. Nie inaczej było z ostatnią premierą spektaklu „Nastasja Filipowna” w Teatrze Ateneum, opartą na motywach „Idioty”. W obsadzie dwóch znakomitych aktorów: Marcin Dorociński w roli Rogożyna i Grzegorz Damięcki jako Myszkin.

    Za ciemną kotarą trup zamordowanej Nastasji Filipowny. Dlaczego więc sukces inscenizacji Andrzeja Domalika okazał się połowiczny?
Twórczość Dostojewskiego trafia do każdego z nas poprzez inne sfery emocjonalne i mentalne. Stanowi impuls do odkrywania zawiłości psychiki bohaterów, do ich niejednoznacznej motywacji, skazy wewnętrznej, jaką każdy z nich jest naznaczony. Tak jak każdy z nas próbuje uporać się z sensem ewangelicznego przesłania, tak każda powieść Dostojewskiego jest pisaniem na nowo Ewangelii. Żaden taki spektakl nie może być jedynie kształtem estetycznym, ale rodzi się z doświadczenia moralnego, jest próbą dyskusji o istocie człowieczeństwa. Musi więc, powtarzam, musi stanowić dzieło autorskie reżysera.
Toteż zdziwiło mnie podkreślanie przed premierą „Nastasji”, że przedstawienie w Teatrze Ateneum będzie bezpośrednim nawiązaniem do słynnej inscenizacji Wajdy z roku 1977 r. w Teatrze Starym, gdzie role Rogożyna i Myszkina zagrali Jan Nowicki i Jerzy Radziwiłowicz. Nie chodzi o porównywanie kreacji dwóch wybitnych aktorów, ani o pomysł Wajdy sprowadzający się do improwizacji. Wprawdzie Domalik podkreślał, że z inscenizacji Wajdy wziął tylko punkt wyjścia, ale wydaje mi się, że ten pomysł zaciążył na spektaklu. Jakby duch Wajdy, Nowickiego czy Radziwiłowicza straszył po nocach reżysera. A przecież Domalik jest utalentowanym artystą, który nieraz udowodnił, że czuje rosyjską duszę. Jednak zabrakło mi tu „charakteru pisma” reżysera. Tym samym i aktorzy jakby się pogubili, nie dali z siebie tego, na co ich stać. Zabrakło tajemnicy tkwiącej w postaciach, a przecież Dorociński tajemnicą intrygował w wielu rolach. Zewnętrzne atrybuty dramatu: kaszel, wymioty, tiki nerwowe nie pomagały.
Rogożyn i Myszkin to pojedynek toczony przez każdego z nas, dobra ze złem. Przy czym bohater, który jest uosobieniem zła, pragnie w istocie, jak zawsze u Dostojewskiego, dobra, piękna, prawdy, spokoju. Demolując siebie i innych, prowokuje niebo. Czy bezskutecznie? Tego zabrakło w przedstawieniu. Ale może aktorzy, drążąc w tekście, odnajdą sens swoich ról i dadzą temu wyraz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • uczennica6
      26.01.2014 17:12

      "Pod koniec listopada, w odwilż, około dziesiątej rano pociąg Kolei Petersbursko-Warszawskiej pełną parą zbliżał się do Petersburga. Było tak mgliście i wilgotno, że świt z trudem przecisnął się przez chmury; z okien pociągu trudno było coś dojrzeć na odległość dziesięciu kroków. Wśród pasażerów pociągu można było znaleźć i takich, którzy wracali z zagranicy, stanowili oni jednak znaczną mniejszość. Najbardziej zapełnione były wagony trzeciej klasy, w których jechał drobny ludek pracujący z niedalekich okolic. Wszyscy jak jeden mąż byli zmęczeni, wszystkim przez noc ociężały powieki, wszyscy zmarzli, a ich twarze przybrały bladożółty kolor mgły za oknem.

      W jednym z wagonów trzeciej klasy, przy oknie, znalazło się nagle naprzeciw siebie dwóch młodych mężczyzn. Obaj ubrani byli raczej skromnie i prawie nie mieli bagażu, ich twarze sprawiały jednak dość interesujące wrażenie. 

      Jeden z mężczyzn, niewysokiego wzrostu, mniej więcej dwudziestoośmioletni, miał kręcone, niemal czarne włosy, szare, ale pełne ognia oczy, nos szeroki, spłaszczony, osadzony na mięsistej twarzy , a jego wąskich warg nie opuszczał grymas bezczelnego, drwiącego, a nawet złego uśmiechu. 

      Drugi, również wyglądał na dwadzieścia sześć, siedem lat. Wzrostu więcej niż średniego, miał bardzo jasne, gęste włosy, zapadnięte policzki i leciutką, ostro zakończoną, niemal zupełnie białą bródkę. W jego dużych, błękitnych oczach czaiło się coś cichego, ale ciężkiego zarazem - ten dziwny wyraz, z którego można rozpoznać padaczkę. 

      Nawiązała się rozmowa...."

       Tytułowy idiota to różniący się od przeciętnych i "normalnych" osób książę Myszkin. Wyróżnia go niezwykła dobroć, niekiedy na granicy naiwności, współczucie, szlachetność i mądrość, które to cechy potrafią docenić tylko nieliczni. Dla większości jest on tylko idiotą, nieprzystosowanym do życia, zbyt mało sprytnym i egoistycznym, aby radzić sobie w społeczeństwie. Książę Myszkin wraca do Rosji po długoletnim pobycie w Szwajcarii, gdzie leczył nadwrażliwe nerwy. W Rosji próbuje rozpocząć nowe życie. Jednak zostaje wplątany w różne intrygi, jest wykorzystywany i ośmieszany. 

      Dostojewski wzorował księcia Myszkina na Chrystusie, człowieku dobrym i uduchowionym, który musi się zmierzyć ze złem obecnym w innych ludziach i w świecie. 

      Jego krewna Agłaja przyrównuje Myszkina do Don Kichota, a jego dobroć - do walki z wiatrakami. Walka wydaje się przegrana...

       

      Przepraszam za długi komentarz, ale chciałam zachęcić do przeczytania książki, według mnie zostawiającej w pamięci obraz człowieka skrzywdzonego przez najbliższych. 

              

       

       

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół