• facebook
  • rss
  • Zobaczą, jak było naprawdę

    dodane 08.05.2014 00:00

    „Powstanie Warszawskie” ściska za gardło. Nie gra w nim ani jeden aktor, a tylu ma bohaterów.

    Wszystko jest tu prawdziwe. Jeśli widać łzy, to nie dlatego, że tak było w scenariuszu. Jeśli uśmiech – to nie wyreżyserowany, ale dlatego, że ci ludzie 70 lat temu naprawdę mieli nadzieję, że ich koszmar się skończy. Gdy warszawscy powstańcy wyciągają z gruzowiska ciało 10-letniego Wojtka, każdego przeszywa myśl, że to mógłby być jego syn. Prawie czuć smak chleba, krojonego na weselu Bolesława Biegi „Pałąka” i sanitariuszki Alicji Treutler „Jarmuż” po powstańczym ślubie w kaplicy przy Moniuszki 11.

    To trzeba pokazać

    By pokazać „Powstanie Warszawskie”, nie trzeba było żadnego aktora, ale wielu bohaterów. To oni, a udało się już rozpoznać 130 osób, znajdą się w specjalnym albumie jeszcze w maju. Niewykluczone, że powstańcy, którzy zobaczą film przed okrągłą rocznicą 1 sierpnia, rozpoznają kolejne osoby. Producentowi filmu, Muzeum Powstania Warszawskiego, udało się dokonać niemal niemożliwego. Zatrudniając biegłego z zakresu odczytywania mowy z ruchu warg, ożywiono nieme kroniki powstańcze, kręcone na 6-milimetrowej taśmie. Do dziś zachowało się ponad 5,5 godzin materiału, który powstał dzięki pracy 12 filmowców Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej. Według wymyślonej przez Jana Komasę fabuły, Karol i jego młodszy, 18-letni brat Witek są właśnie kamerzystami, którzy otrzymują zadanie dokumentowania powstania. Chcą kręcić „prawdziwą” wojnę. – To trzeba pokazać. Jak inaczej będą wiedzieli, jakie było powstanie? Wszyscy będą oglądać i zobaczą, jak było naprawdę – pada zza kamery. Mężczyźni dokumentują życie cywilne, pieczenie chleba, działalność kuchni, warsztatów rusznikarskich, ale też akcje powstańców, które później pokazywane są warszawiakom podczas krótkich seansów w kinie „Palladium”. Ale jedna z takich akcji, w Pałacu Staszica, dla Karola kończy się tragicznie.

    Usłysz powstanie

    Film rozpoczyna huk nadlatujących sztukasów, bombardujących m.in. budynek Prudentialu, najwyższego wieżowca ówczesnej Warszawy. Widać powstańców ewakuujących starszą panią na krześle, scenę pogrzebu małego powstańca, pracę szpitala polowego, modlitwę bp. Stanisława Adamskiego (na filmie pokolorowano jego piuskę na kardynalską purpurę, choć Zofia Kossak-Szczucka wspominała, że śląski biskup nosił fioletową), odbicie PAST-y i inscenizacje przemieszczania się powstańców we wnętrzu kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. To, co w powstańczych kronikach było do tej pory nieme, teraz odzyskało głos. Słychać, o czym rozmawiało się 70 lat temu, gdy nad głową warszawiaków przelatywały kolejne bombowce. Słychać komendy powstańcze i strzały nad głowami. Słychać śmiech i płacz cywilów w kolejce po wodę i nad trumnami kolejnych poległych. Tego niesłychanie trudnego zadania podjął się reżyser dźwięku Bartosz Putkiewicz.

    Świat nie był czarno-biały

    – Młodzi, którzy odwiedzają nasze muzeum i oglądają czarno-białe fotografie z powstania, nie potrafią sobie wyobrazić kolorowego świata. Podobnie powstańcom ciężko przypomnieć sobie, jak wyglądały mury budynków, wśród których dorastali. To dlatego postanowiliśmy pokolorować oryginalne kroniki powstańcze – mówi Jan Ołdakowski. Przed rozpoczęciem prac przygotowano kilka tysięcy fotografii broni i uzbrojenia, umundurowania, ekwipunku, ubrań cywilnych, infrastruktury miasta, tablic informacyjnych, kilkaset zdjęć różnych rodzajów bruku, płyt chodnikowych, na podstawie których próbowano maksymalnie rzetelnie odwzorować kolory Warszawy sprzed 70 lat. Nad stroną merytoryczną czuwali m.in. historycy Muzeum Powstania Warszawskiego, konsultanci ds. urbanistyki i architektury, varsavianiści oraz konsultanci ds. broni i uzbrojenia współpracujący z MPW. Najpierw trzeba było jednak poprawić klatki filmu, stabilizując je i usuwając uszkodzenia. Żmudnej pracy podjęło się Studio Orka. Efekt 1440 godzin koloryzacji i obróbki 112 tys. klatek to 85-minutowy film, pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction. – Oglądałem go już kilkadziesiąt razy. Za każdym razem wpatruję się, czy gdzieś na drugim planie nie zobaczę mojej babci, która walczyła w Śródmieściu – mówił po pierwszej publicznej projekcji dyrektor MPW, Jan Ołdakowski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół