• facebook
  • rss
  • Bóg tańca

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 20/2014

    dodane 15.05.2014 00:00

    Kamil Maćkowiak tak dalece przejmuje osobowość Niżyńskiego, że nie sposób oddzielić te dwa byty.

    Monodram Kamila Maćkowiaka „Niżyński”, pokazany na małej scenie Teatru Polskiego, za który wykonawca otrzymał nagrodę im. Leona Schillera, jest spektaklem wstrząsającym. To niezwykły zapis postępującego obłędu, z którym bohater najpierw heroicznie walczy, by wreszcie osunąć się w ciemność i niebyt. To spowiedź człowieka mającego świadomość swoich grzechów, które przez lata stanowiły bolesną cenę sławy.

    Scenariusz oparty jest na „Dzienniku” Wacława Niżyńskiego, który zaczyna pisać trzy lata po zejściu ze sceny. Wciąż wierzy, że za sprawą ciężkiej pracy uda mu się powrócić do zawodu i jak niegdyś osiągnąć sukces. Stał się nie tylko legendą, ale uwielbiany przez publiczność wszedł do historii jako „bóg tańca” – najlepszy tancerz swojej epoki. Nadwrażliwy, przeżywający głęboko porażki, szybko popadł w chorobę psychiczną. Grający utalentowanego tancerza Kamil Maćkowiak oprócz szkoły teatralnej ukończył też szkołę baletową. Kiedy więc w 2005 r. pierwszy raz prezentował swój monodram, wprowadził do niego wiele elementów choreograficznych. W ostatniej premierze spotykamy już innego Kamila Maćkowiaka, ale też innego Niżyńskiego. Ociężały fizycznie, walczy nie tylko z nadwerężoną równowagą psychiczną, ale i ze swoim ciałem. – Ciało musi być czyste – powtarza wielokrotnie, jakby chcąc zrzucić z siebie to wszystko, co mogło go niegdyś zbrukać. Nienawiść (wyimaginowana?) i miłość to dwa uczucia, które niczym fale próbują go zatopić. Chwyta się kurczowo nadziei na odzyskanie sprawności, nie zgadza się z diagnozą lekarzy, wpada w furię, próbując bezskutecznie okiełznać lęki. Wzruszające są chwile, gdy przywołuje matkę, którą bezgranicznie kocha, powierzając jej opiekę nad małą córeczką Kirą, siostrę Bronię i te momenty, gdy przestaje już walczyć. Publiczność z zapartym tchem śledzi mękę artysty, by na koniec zgotować mu owację na stojąco. Bo aktor tak wnika w postać Niżyńskiego, tak dalece przejmuje jego osobowość, że nie sposób oddzielić te dwa byty. To rzadkie zjawisko w teatrze, ale tworzy ono właśnie jakąś mistyczną jedność. Puentę stanowi napis na ekranie: Niżyński spędził 30 lat w zakładach psychiatrycznych, nigdy nie wrócił na scenę, zmarł w Londynie w roku 1950.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół