• facebook
  • rss
  • Dom na wagę życia

    Tomasz Gołąb

    |

    Gość Warszawski 49/2014

    dodane 04.12.2014 00:00

    Bezdomność. Jak wydostać się ze ślepej uliczki? To adwentowa historia o zmartwychwstaniu: z grzechu do nadziei, z bólu do szczęścia, z pijaństwa do trzeźwości, z tułaczki do własnego domu.

    Najstarszy, 37-letni Maciej prawie połowę swojego życia spędził bez dachu nad głową. 17 lat mieszkał na klatkach schodowych, dworcu, w pustostanach i schroniskach. Robert po pięciu latach odsiadki też nie miał gdzie wracać. Zresztą jego rodzice mieszkanie stracili, gdy wkraczał w dorosłość. Dziś ma 35 lat. Najkrócej bezdomności doświadczył Jacek. Dziś wszyscy trzej znaleźli przystań i zameldowanie w mieszkaniu „treningowym” Caritas Polskiej, oddanym do dyspozycji przez burmistrza Ochoty. I chociaż wiedzą, że to tylko przejściowe rozwiązanie, nazywają go jak umieją najczulej… domem.

    Zapijesz za rogiem

    Maciej początkowo pił towarzysko, weekendowo. Ale pod koniec, w dwuletnim nieprzerwanym ciągu alkoholowym, było mu wszystko jedno, czy pod ręką jest denaturat, czy tanie wino. Wieloletnie zatrucie pozostawiło ślady w postaci padaczki i polineuropatii.

    – Prosiłem Boga, żeby pozwolił mi się zapić na śmierć. Widocznie chciał inaczej – mówi. Na detoks, gdzie wnosił go przyjaciel, jego „anioł” – jak mówi – nie chcieli go przyjąć z powodu ryzyka wylewu. Miał astronomicznie wysokie ciśnienie i trząsł się jak galareta. Gdy wychodził po kilku dniach ze Szpitala Bródnowskiego ze skierowaniem do Monaru, lekarz nawet nie starał się ukryć pogardy. „Nie dotrzesz, zapijesz za następnym rogiem” – usłyszał Maciek. Nie miał czucia w rękach. Kreśląc półtoracentymetrowe litery w życiorysie, łamał długopisy.

    Po trzech miesiącach odtruwania powoli wracał do życia. Znalazł pracę, mieszkał w hostelu, zaczął odkładać pieniądze. 15 miesięcy później na Kolskiej musiał przechodzić kolejny odwyk. Kończył go z pierwszy raz uświadomioną prawdą, że w jego życiu już nigdy nie będzie kontrolowanego picia. Od tej pory do swojej choroby podchodzi z pokorą. 30 listopada świętował 20 miesięcy trzeźwości.

    Brałem wszystko. Poza koką

    Robert bezdomne życie rozpoczął najwcześniej. Gdy rodzice stracili mieszkanie, nim zajęła się babcia. Pobożna i dobra kobieta nie była jednak w stanie upilnować chłopaka. – Hulałem, jej życie i swoje zamieniłem w piekło. To przeze mnie trafiła do szpitala – mówi. Źle trafił. Instynktownie szukał środowiska, w którym mógłby się wyżalić, wygadać całą złość i bunt. Zaczął ćpać, a kiedy kończyły się pieniądze – także kraść. – Wpadałem w to g… coraz bardziej. Zacząłem dilować. Byłem zachwycony, że to, na co inni pracowali tydzień, ja miałem po sprzedaniu kilku działek. Nie ma chyba narkotyku, którego nie brałem. No, może poza kokainą – wspomina.

    Pierwszy wyrok dostał w zawieszeniu. Gdy usłyszał kolejne dwa, zamknęli go w sumie na pięć lat. Wyszedł w 2012 r., 27 marca. – Nie miałem już gdzie wracać. Nawet do tego przelotnego domu, jaki chciała mi stworzyć babcia – mówi. Trafił do Warszawy. Bez problemu znalazł pracę. Wynajął mieszkanie, ale przeszłość próbował utopić w butelkach czystej. – Nie dawałem sobie rady, zapiłem do stanu zapalnego trzustki. Ale wiedziałem, że pić nie przestanę – mówi Robert.

    Kurde, ja tu nie pasuję

    W pracy pił, w domu „się dokańczał”. Elektrolity miał tak wypłukane, że dwa razy w miesiącu lądował w szpitalu. Słabł, siadała mu psychika, bał się panicznie, że umiera. Ale pił dzień w dzień. Spirala beznadziei: nie miał niczego, jego zdrowie wisiało na włosku, całe życie było do niczego, bo pił. Więc pił jeszcze więcej. Trafił do noclegowni na Skaryszewską. „Kurde, ja tu nie pasuję: tu kogoś cucą pod prysznicem, na stołówce śmierdzi moczem, na sali jest 30 piętrowych łóżek” – pomyślał. W nocy nie zmrużył oka. I dotarło do niego, że o własnych siłach z tego bagna nie wyjdzie. Zgłosił się na detoks na Marywilską. Przeszedł terapię. 17 miesięcy przepracował jako kucharz w schronisku dla bezdomnych przy ul. Wolskiej. Wiedział, że coś musi ze sobą zrobić. – I wygrałem z samym sobą, bo przecież piłem i ćpałem od 18. roku życia. Choć nie doświadczyłem pewnie tyle bezdomności, co inni, to domu też w życiu nie miałem – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół