• facebook
  • rss
  • Zagłada i ocalenie

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 46/2015

    dodane 12.11.2015 00:00

    Wbrew prasowym doniesieniom sztuka „Bent” nie jest skandaliczna. To sztuka głęboko psychologiczna.

    Sztuka Martina Shermana na pozór tylko dotyczy jednego z najbardziej kontrowersyjnych tematów: stosunku do mniejszości seksualnych. W moim przekonaniu jest to sztuka o człowieku niedojrzałym i pozbawionym wartości, który w wyniku okoliczności, w jakich się znalazł, dojrzewa i dokonuje zaskakujących wyborów

    . Autor „Benta” na scenie „Przodownik” ukazuje, do czego może posunąć się człowiek, by uratować swoje życie. Tak odebrałam pierwszą część spektaklu. Druga część ukazuje trudny proces dojrzewania i cenę, jaką gotów jest zapłacić bohater, by odzyskać własne człowieczeństwo. To prawda, jest gejem, ale równie dobrze mógłby być Murzynem, Polakiem czy Żydem. W momencie gdy go poznajemy, nie posiada żadnego pionu moralnego. Jego życie to szukanie naskórkowych przyjemności, życie bez zobowiązań i skrupułów. Bawi się cudzymi uczuciami, rani tych, którzy obdarzają go przyjaźnią. Jeszcze nie wie, że historia wystawi mu bolesny rachunek. Wraz z narodzinami faszyzmu Max (w tej roli Mariusz Drężek) znajdzie się jako gej na liście osób przeznaczonych do eksterminacji. By zaprzeć się swoich preferencji, zdaje upokarzający test „moralności”. Ale wcześniej bez skrupułów na oczach funkcjonariuszy gestapo i na ich rozkaz dobija swego przyjaciela. Po latach nawet nie pamięta jego imienia. W obozie różową kokardkę oznaczającą gejów zamienia na żółtą przeznaczoną dla Żydów. Wtedy w jego celi pojawia się ktoś, kto obdarzy go bezinteresownym przywiązaniem. Bohater początkowo lekceważy ten wyraz absolutnego oddania, wiedząc, jakie konsekwencje mógłby wywołać najmniejszy przejaw choćby platonicznego uczucia. Obydwaj jednak podejmą takie ryzyko, pozwalając sobie na minutę szczęścia: trzymania się za ręce. Zakończenie sztuki jest wstrząsające. Stanowi dowód na to, że w najbardziej nieludzkich warunkach, wśród bestialskich metod, które mają pomóc zachować bezwzględną dyscyplinę, może zrodzić się coś mistycznego. Coś, co stanowi zwycięstwo ducha nad materią, a może swoiste katharsis. Ale to już niespodzianka dla tych, którzy – nie bacząc na etykietki – wybiorą się do teatru.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół