• facebook
  • rss
  • Życie z piętnem zabójcy

    wysłuchała Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    Na czarne parasolki reagują wściekłością. Bo ciąża to nie tylko sprawa kobiety. Wiedzą, co mówią – sami doświadczyli syndromu poaborcyjnego. Mężczyźni po przejściach.

    Czarno znów zrobiło się na ulicach Warszawy. Tysiące kobiet zebrało się przed Sejmem w proteście przeciw wprowadzeniu całkowitego zakazu aborcji. Żądały edukacji seksualnej i legalnej aborcji. „Moje ciało, mój wybór” – skandowały. Jakby decyzja o zabiciu dziecka była sprawą tylko jednej płci. Oto męski punkt widzenia.

    Sebastian, 45 lat, pracownik usług

    Coś zaczęło we mnie pękać 10 lat temu. Szedłem Krakowskim Przedmieściem, przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego stali obrończy życia. Pośród nich był mężczyzna. Głośno mówił: aborcja to zabójstwo! Bardzo mnie to wtedy uderzyło. Po raz pierwszy zacząłem odczuwać jakiś dziwny niepokój. Przeżyłem 45 lat bez świadomości, że zrobiłem coś złego. Miałem wówczas 23 lata, byłem kawalerem i prowadziłem niezobowiązujące życie. Kiedy dowiedziałem się, że moja dziewczyna jest w ciąży, natychmiast powiedziałem jej, żeby usunęła. Nie chciałem się wiązać, brać odpowiedzialności. Było mi dobrze. Tak samo zachowałem się za drugim razem. Najtrudniej było mi przyznać się samemu przed sobą i nazwać rzecz po imieniu. Byłem zabójcą. Przyjęcie tego faktu zajęło mi kilka lat. Obrońcy życia, których spotykałem na ulicy, w telewizji czy radiu, przebijali się przez mur mojego sumienia, że aborcja to nie „zabieg”. Myślę, że gdybym nie zaczął zbliżać się do Boga w tamtym czasie, nadal trwałbym w nieświadomości. Kiedy dotarła do mnie prawda, zostałem sam – z przykrym uczuciem bólu, piętnem zabójcy. Czułem się bardzo źle. Chciałem z kimś porozmawiać. Wiedziałem, że kobiety w takiej sytuacji mogą iść na terapię, a mężczyzna? Pojechałem na pierwsze w Polsce rekolekcje dla osób cierpiących na syndrom poaborcyjny, organizowane przez Winnicę Racheli. Podczas rekolekcji po raz pierwszy usłyszałem, że istoty, które zabiłem, były moimi dziećmi. Słowo „dziecko” już wcześniej mnie poruszało. Mimo wszystko, było to fantastyczne uczucie – uświadomić sobie, że mam dzieci. Postanowiłem nadać im imiona: Paweł i Ewa. Gdyby żyły, miałyby 22 i 17 lat. Wiem, że one są u Boga, przebaczyły mi i czekają na mnie. Modlą się o moje zbawienie. Niełatwo było przyjąć tę prawdę, że choć je zabiłem, one mnie kochają. Napisałem nawet do nich list. Chciałem przeczytać go publicznie podczas rekolekcji. Nie mogłem. Nigdy w życiu tak bardzo nie płakałem. Ogarnął mnie straszliwy żal i tęsknota za nimi. Po rekolekcjach wszystko się uspokoiło. Jakby odeszły te złe emocje. Została tylko świadomość grzechu, zła. I… ojcowski instynkt, który się obudził. Uwielbiam dzieci. Przyglądam się im, jadąc tramwajem, na ulicy, w parku. Śmieję się z min, jakie robią, wodzę wzrokiem, gdy wariują. Bardzo bym chciał je przytulić, wziąć za mięciutką rączkę. Dwa razy podjąłem duchową adopcję. Kiedy się modliłem, czułem, że jestem ojcem, towarzyszę im, wspieram. Po latach widzę, jak bardzo mój instynkt był stłumiony. Tęsknota za zabitymi dziećmi cały czas wraca… Uczucia i potrzebę wychowania przelewam na dzieci siostry. Kiedy tylko mogę, biorę udział w Marszach dla Życia, rozdaję ulotki, przestrzegam przed błędnymi decyzjami.

    Michał, 47 lat, finansista

    Byliśmy młodzi i szaleni. Dość swobodnie podchodziliśmy do obyczajów. Na studiach moja narzeczona zaszła w ciążę. A ja się jej oświadczyłem, wzięliśmy ślub. Urodził nam się syn. Po dwóch latach małżeństwa żona przyznała się, że nie jest to nasze pierwsze dziecko… Zacząłem pytać o szczegóły. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego przede mną ukryła. To było na początku jej studiów. Pamiętam, że wtedy faktycznie coś było nie tak – była jakaś nieswoja. Przez wiele lat naszego małżeństwa bardzo bolało mnie to, że moja przyszła żona nie kochała mnie wówczas tak bardzo, by wiązać swoje życie ze mną. Wydawało mi się, że jesteśmy razem, tymczasem ona oszukiwała mnie. Często ten brak miłości wyrzucałem jej podczas małżeńskich kłótni. Dowalałem jej tym. To była nasza trauma. Z drugiej strony bardzo jej współczułem. Ona do tej pory uważa, że ten grzech ciągle nad nią ciąży. I wszelkie niepowodzenia czy choroby dzieci są „karą” za przeszłość. To ją niszczy. Ja się z tym nie zgadzam, bo wierzę w Boże miłosierdzie i odpuszczenie grzechów. Cały czas zadaję sobie pytanie, jak bym się zachował, gdyby wtedy przyszła żona powiedziała mi o dziecku. Do tej pory nie wiem, dlaczego żona podjęła taką decyzję. Po latach myślę, że był w niej wyniesiony z domu dość mocny gen „samostanowienia”. Podobny mają feministki biorące udział w czarnych marszach – same decydują o sobie, bez liczenia się z drugą osobą. Przecież mężczyzna także ma udział w poczęciu dziecka, a kobiety zagarnęły ten problem w całości na siebie. W powszechnej świadomości – także za sprawą feministek – przyjęło się, że ciąża jest tylko sprawą kobiety. Mężczyźni więc wycofali się. Mam czworo dzieci. Chciałem mieć tylko dwoje, żona więcej. Myślę, że w ten sposób odkupiła aborcyjnych grzech.

    Artur, 31 lat, mechanik motocyklowy

    Mama wiele razy powtarzała, że musi mi coś ważnego powiedzieć. Coś, co prawdopodobnie będzie miało wpływ na moje dalsze życie. Jako dziecko miałem swoje teorie na ten temat. Spodziewałem się jakiejś rodzinnej telenoweli – na przykład, że ja lub ktoś z mojego rodzeństwa mamy innego ojca. Aborcji nie brałem pod uwagę. Nie sądziłem, że do czegoś takiego jest zdolna moja mama. O tym, że miałem jeszcze jedno z rodzeństwa powiedziała mi dopiero trzy lata temu. Podczas pamiętnej rozmowy mama bardzo płakała. Dla mnie to wyznanie było to dużym zaskoczeniem. Szokiem. Poczułem ogromny smutek. Także się rozpłakałem. Do mamy miałem ogromny żal. Ale starałem się jej nie oceniać. Też miała trudne życie. Jej mąż był alkoholikiem, robił awantury, bił ją. Miała już trójkę dzieci i była w trakcie rozwodu. Rodzice doradzili aborcję. To była bardzo złożona sytuacja. Złość czułem także do ojca. Wiem, że cieszył się z każdego urodzonego dziecka, ale gdyby był na miejscu, byłby dla mamy oparciem. Być może nie podjęła tak dramatycznej decyzji. Pamiętam mamę jako osobę bardzo histeryczną, stosującą wobec nas przemoc i bardzo smutną. Ten smutek przeszedł także na mnie. Doświadczyłem bezsensu życia. Buntu wobec Boga. I w tej ogromnej pustce i bólu miałem dwa wyjścia: albo uwierzyć, że Bóg jest i te wydarzenia mają jakiś głębszy sens, albo trwać w beznadziei. Paradoksalnie, z perspektywy czasu widzę, że ta sytuacja bardzo zbliżyła mnie do Niego. Zobaczyłem tę ogromną nędzę – moich rodziców i nas. Całej naszej pogubionej rodziny. I zrozumiałem, że Jezus przyszedł na świat właśnie po to, by pomóc człowiekowi. •

    Gdzie szukać pomocy?

    Instytut Psychiatrii i Neurologii, ul. Sobieskiego 9, tel. (22) 45 82 800, 45 82 500 Archidiecezjalna Poradnia Katolicka, ul. Nowogrodzka 49, tel. (22) 629 02 61 Specjalistyczna Diecezjalna Poradnia Rodzinna, ul. Grochowska 194/196, tel. (22) 512 00 91, (22) 512 00 90 Centrum Pomocy Psychologicznej INTEGRA, ul. Świętokrzyska 36, 24 klatka II, piętro 5, tel. 697 011 207 Ośrodek Pomocy Psychologicznej Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich, ul. Bednarska 28/30, tel. (22) 828 54 83 Rekolekcje Winnica Racheli „Uzdrowienie po aborcji”, 2-4 grudnia, zapisy: winnica.racheli@gmail.com, tel. 796 525 170 lub 604 954 059.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół