• facebook
  • rss
  • Serce dla Julii

    Tomasz Gołąb

    |

    Gość Warszawski 15/2017

    dodane 13.04.2017 00:00

    Podobno tak skomplikowana wada zdarza się raz na 100 tysięcy. Większość rodziców nie ma nawet pojęcia, że jest na świecie ktoś, kto może uratować życie ich dziecka. Julia i jej mama wiedzą. Do czerwca muszą zebrać 3 mln zł.

    Zaraz po porodzie zaczęła się dusić, chociaż dostała 10 punktów w skali Apgar. Dwa tygodnie leczono ją na zapalenie płuc, nie robiąc nawet prześwietlenia. Nikt nie dopatrzył się, że mała Julka cierpi na atrezję zastawki tętnicy płucnej z ubytkiem w przegrodzie międzykomorowej.

    Gdyby nie szpitalna żółtaczka, może ktoś zobaczyłby, jak sine usta ma dziecko. – Jej ciałko od początku było zimne, niedotlenione. Męczyła się przy każdym ruchu. Na placu zabaw robiła 10 kroków i siadała, choćby w kałuży – opowiada Agnieszka Poneta, mama Julii. W ciągu 13 lat Julka była hospitalizowana w sumie 42 razy. Wypisy i dokumentacja medyczna to kilka tomów. Mama odwiedziła wszystkie największe specjalizujące się w leczeniu chorób serca u dzieci ośrodki na terenie Polski. Sama z chorym kręgosłupem spędziła przy szpitalnym łóżku w sumie kilka lat. Mieszkają na Żoliborzu w 27-metrowej kawalerce. Ale obydwie podchodzą do życia z wielkim uśmiechem. Czują, że każdy dzień jest jak dar. Serce Julii w każdej chwili może przestać bić. – Po raz pierwszy uświadomiono mi to w szpitalu po wykonaniu angiografii. Julka miała kilka tygodni. Ordynator oddziału kardiologicznego rozłożyła ręce i powiedziała, że nie wie, ile Julka przeżyje bez operacji. Ale operacji tak skomplikowanej wady nikt nie chciał się podjąć. Nie tylko ze względu na zbyt słabe naczynia krwionośne – wspomina Agnieszka. Walka o życie, kolejne cewnikowania serca, od których pękały jej kruche żyłki, transfuzje… Julka wszystko znosiła cierpliwie. Każdy lekarz i każdy student medycyny chciał posłuchać unikatowego szmeru jej serca, ale też każdy zapytany o rokowania spuszczał głowę. Agnieszka nie chciała się jednak poddać. W 2005 r. napisała do prof. Franka Hanleya w Stanford (USA). Światowej sławy kardiochirurg dziecięcy poprosił, aby przysłała wyniki badań Julci zapisane na CD. Pomyślne wiadomości dotarły tuż przed Bożym Narodzeniem. – Pomyślałam, że to cud. Po dwóch latach świadomości, że nie ma ratunku dla mojego dziecka, ktoś dał mi promyczek nadziei, że Julia wyzdrowieje. W lutym otrzymałam kosztorys operacji i ujrzałam kwotę 500 tys. dolarów. Myślałam, że źle policzyłam zera. Ale niestety – życie mojej kruszynki było warte pół miliona dolarów. Postanowiłam, że się nie poddam. Kilka miesięcy trwała publiczna zbiórka. W tym czasie Agnieszka rozpoczęła starania o skierowanie na leczenie poza granicami kraju. Decyzję podjął osobiście minister zdrowia Zbigniew Religa. To był kolejny z licznych cudów. Na miejscu, w Stanford, pomogli Polacy z miejscowej parafii i znajomy syna pewnej pani, spotkanej z dzieckiem przy warszawskiej piaskownicy. 25 października 2006 r. 17 osób przez 12 godzin pochylało się nad sercem i płucami Julki. Całkowicie przywrócili krążenie, połączyli płuca z sercem i skorygowali jego wadę. Sześć tygodni później Julka nabrała kolorów i pokonywała bez zmęczenia każdą odległość. Szybko zaczęła też nadganiać stracony czas: nauczyła się jeździć na rowerze, deskorolce, nartach, uwielbia pływać. Chociaż pod wodą potrafi wytrzymać zaledwie 12 sekund. – Ale minęło 10 lat. Wszczepiona zastawka od dziecięcego dawcy nie rosła z Julką. A dziś, wraz z rekonstruowanymi naczyniami, uległa poważnemu zwapnieniu. Jej organizm znów jest mocno niedotleniony. I potrzebna jest kolejna operacja, w tym samym Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Kalifornii, żeby wszczepić nową zastawkę płucną, zrekonstruować naczynia i zlikwidować arytmię, spowodowaną przerostem prawej komory serca i puszczeniem szwów na przykomorowej łacie – mówi Agnieszka. Na razie udało się zebrać milion złotych. To ogromna suma, ale żeby Julia mogła być operowana w USA, potrzeba trzy razy więcej. – Jestem wdzięczna każdemu, kto zaangażował się w pomoc córce. To już ponad 37 tys. osób. Wiele z nich zrobiło wiele, by zmobilizować swoje środowiska – mówi mama. – To m.in. burmistrz Żoliborza Krzysztof Bugla, dzieci z Gimnazjum nr 56 im. Macieja Aleksego Dawidowskiego ps. „Alek”, do którego chodzi Julka… Są fundacje i osoby, które organizują zbiórki, aukcje, pomagały mi stworzyć stronę internetową. Kiedyś napiszę książkę o niezwykłych cudach, które dzięki Bogu dzieją się w naszym życiu, i o aniołach, które Bóg zsyła każdego dnia – zapewnia Agnieszka Poneta.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół