Nowy numer 17/2018 Archiwum

Serce dla Julii

Podobno tak skomplikowana wada zdarza się raz na 100 tysięcy. Większość rodziców nie ma nawet pojęcia, że jest na świecie ktoś, kto może uratować życie ich dziecka. Julia i jej mama wiedzą. Do czerwca muszą zebrać 3 mln zł.

Zaraz po porodzie zaczęła się dusić, chociaż dostała 10 punktów w skali Apgar. Dwa tygodnie leczono ją na zapalenie płuc, nie robiąc nawet prześwietlenia. Nikt nie dopatrzył się, że mała Julka cierpi na atrezję zastawki tętnicy płucnej z ubytkiem w przegrodzie międzykomorowej.

Gdyby nie szpitalna żółtaczka, może ktoś zobaczyłby, jak sine usta ma dziecko. – Jej ciałko od początku było zimne, niedotlenione. Męczyła się przy każdym ruchu. Na placu zabaw robiła 10 kroków i siadała, choćby w kałuży – opowiada Agnieszka Poneta, mama Julii. W ciągu 13 lat Julka była hospitalizowana w sumie 42 razy. Wypisy i dokumentacja medyczna to kilka tomów. Mama odwiedziła wszystkie największe specjalizujące się w leczeniu chorób serca u dzieci ośrodki na terenie Polski. Sama z chorym kręgosłupem spędziła przy szpitalnym łóżku w sumie kilka lat. Mieszkają na Żoliborzu w 27-metrowej kawalerce. Ale obydwie podchodzą do życia z wielkim uśmiechem. Czują, że każdy dzień jest jak dar. Serce Julii w każdej chwili może przestać bić. – Po raz pierwszy uświadomiono mi to w szpitalu po wykonaniu angiografii. Julka miała kilka tygodni. Ordynator oddziału kardiologicznego rozłożyła ręce i powiedziała, że nie wie, ile Julka przeżyje bez operacji. Ale operacji tak skomplikowanej wady nikt nie chciał się podjąć. Nie tylko ze względu na zbyt słabe naczynia krwionośne – wspomina Agnieszka. Walka o życie, kolejne cewnikowania serca, od których pękały jej kruche żyłki, transfuzje… Julka wszystko znosiła cierpliwie. Każdy lekarz i każdy student medycyny chciał posłuchać unikatowego szmeru jej serca, ale też każdy zapytany o rokowania spuszczał głowę. Agnieszka nie chciała się jednak poddać. W 2005 r. napisała do prof. Franka Hanleya w Stanford (USA). Światowej sławy kardiochirurg dziecięcy poprosił, aby przysłała wyniki badań Julci zapisane na CD. Pomyślne wiadomości dotarły tuż przed Bożym Narodzeniem. – Pomyślałam, że to cud. Po dwóch latach świadomości, że nie ma ratunku dla mojego dziecka, ktoś dał mi promyczek nadziei, że Julia wyzdrowieje. W lutym otrzymałam kosztorys operacji i ujrzałam kwotę 500 tys. dolarów. Myślałam, że źle policzyłam zera. Ale niestety – życie mojej kruszynki było warte pół miliona dolarów. Postanowiłam, że się nie poddam. Kilka miesięcy trwała publiczna zbiórka. W tym czasie Agnieszka rozpoczęła starania o skierowanie na leczenie poza granicami kraju. Decyzję podjął osobiście minister zdrowia Zbigniew Religa. To był kolejny z licznych cudów. Na miejscu, w Stanford, pomogli Polacy z miejscowej parafii i znajomy syna pewnej pani, spotkanej z dzieckiem przy warszawskiej piaskownicy. 25 października 2006 r. 17 osób przez 12 godzin pochylało się nad sercem i płucami Julki. Całkowicie przywrócili krążenie, połączyli płuca z sercem i skorygowali jego wadę. Sześć tygodni później Julka nabrała kolorów i pokonywała bez zmęczenia każdą odległość. Szybko zaczęła też nadganiać stracony czas: nauczyła się jeździć na rowerze, deskorolce, nartach, uwielbia pływać. Chociaż pod wodą potrafi wytrzymać zaledwie 12 sekund. – Ale minęło 10 lat. Wszczepiona zastawka od dziecięcego dawcy nie rosła z Julką. A dziś, wraz z rekonstruowanymi naczyniami, uległa poważnemu zwapnieniu. Jej organizm znów jest mocno niedotleniony. I potrzebna jest kolejna operacja, w tym samym Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Kalifornii, żeby wszczepić nową zastawkę płucną, zrekonstruować naczynia i zlikwidować arytmię, spowodowaną przerostem prawej komory serca i puszczeniem szwów na przykomorowej łacie – mówi Agnieszka. Na razie udało się zebrać milion złotych. To ogromna suma, ale żeby Julia mogła być operowana w USA, potrzeba trzy razy więcej. – Jestem wdzięczna każdemu, kto zaangażował się w pomoc córce. To już ponad 37 tys. osób. Wiele z nich zrobiło wiele, by zmobilizować swoje środowiska – mówi mama. – To m.in. burmistrz Żoliborza Krzysztof Bugla, dzieci z Gimnazjum nr 56 im. Macieja Aleksego Dawidowskiego ps. „Alek”, do którego chodzi Julka… Są fundacje i osoby, które organizują zbiórki, aukcje, pomagały mi stworzyć stronę internetową. Kiedyś napiszę książkę o niezwykłych cudach, które dzięki Bogu dzieją się w naszym życiu, i o aniołach, które Bóg zsyła każdego dnia – zapewnia Agnieszka Poneta.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma