• facebook
  • rss
  • Z przymrużeniem oka

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 19/2017

    dodane 11.05.2017 00:00

    Najbardziej niebezpieczną bombę najlepiej rozbroić śmiechem. To morał spektaklu „Klatka dla ptaków”.

    Od czego zacząć? Może od końca. Młoda aktorka mówi w finale: aktor nie może dokonywać wyboru, w czym gra. Rola jest mu zawsze narzucona. Więc może to jest ta klatka dla ptaków, w której zamknięty jest wykonawca, interpretując zgodnie z wolą reżysera swoją postać?

    Ale takie memento brzmiałoby nieco dramatycznie, tymczasem w Teatrze Capitol mamy do czynienia z komedią, w której kuriozalnymi sytuacjami bawią się aktorzy, a publiczność zaśmiewa się do łez. Więc może zacznijmy od początku. Jean Poiret napisał „Klatkę dla ptaków” w 1973 r. jako historię dziejącą się w latach siedemdziesiątych we Francji. Za sprawą tłumaczy na język polski akcja została umieszczona we współczesnej Polsce. W kamienicy, której mieszkańcy prezentują swoje preferencje obyczajowe, mieści się klub dla transwestytów. Autoironia, jaką przesycony jest klimat sztuki, pozwala przypuszczać, że przebieranki, których jesteśmy świadkami, bawią nie tylko widza, ale też aktorów, zwłaszcza że reżyserię dzierży znany z zabawnych spektakli Andrzej Strzelecki. Do czasu. Do mistrza ceremonii, czyli właściciela domu na poły dla gejów, na poły dla transwestytów przychodzi syn i oświadcza, że właśnie się zaręczył i chce przedstawić rodzicom narzeczonej swoją rodzinę. Na mieszkańców wesołego domku pada blady strach. Jak tu się przeobrazić w szacowną, żyjącą według mieszczańskich reguł rodzinę? A czasu jest mało. Następuje więc przebieranka, tyle że à rebours. Wizyta państwa Krzyżopolskich kończy się zaskakująco. Dość powiedzieć, że szanowny poseł paraduje z przylepioną brodą, a dostojna mamuśka rozsmakowuje się w nieprzewidzianych żartach. Gejowskie maniery i przebieranki transwestytów rozładowywane śmiechem widowni mają swój ukryty sens. Gdy w majestacie prawa posłowie oraz inne autorytety rozprawiają o tolerancji, nadają tym zjawiskom jakąś nieuprawnioną rangę. Natomiast, co powtarzał często Ignacy Krasicki, a po nim Stanisław Jerzy Lec, że najbardziej niebezpieczną bombę najlepiej rozbroić śmiechem. Świetnie zagrana sztuka nie przekracza granic dobrego smaku, widzowie więc wracają do domu rozbawieni i rozluźnieni. Patrząc na wszystko z przymrużeniem oka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół