Nowy numer 16/2018 Archiwum

Sama słodycz

Co wynika z przekonania, że żyjemy w najlepszym ze światów?

Wśród całej gamy sztuk obyczajowych, dramatów politycznych i pogodnych komedii sięgnięcie po zapomnianą już nieco powiastkę filozoficzną jest pomysłem godnym podziwu. Okazało się szybko, że „Kandyd” Woltera, w przekładzie Boya-Żeleńskiego i w reżyserii Macieja Wojtyszki, cieszy się zaskakującymi walorami scenicznymi i bawi współczesnych widzów.

W konfrontacji z postawą dwóch filozofów, z których jeden przesiąknięty jest pesymizmem, drugi zaś niezmiennym optymizmem, pojawia się młody naiwny człowiek, Kandyd. Każde zrządzenie losu traktuje jako dar niebios. Nawet gdy jest zmuszony opuścić krainę szczęśliwości, jaką były młodzieńcze lata. Jeśli imię Kandyd odniesiemy do rozmaitych źródłosłowów, natkniemy się na „owoce kandyzowane”, czyli obsypane cukrem. Tę słodycz otaczającej rzeczywistości postrzega Kandyd jako przejaw najlepszego ze światów. Słowem Kandyd ten świat idealizuje. Jeśli nawet czeka nas niekiedy smutne przebudzenie, po chwili rozczarowania możemy znów wrócić do bajki, w jakiej chcemy się pogrążyć. Możemy przecież zawsze uprawiać swój ogródek. Cóż jednak, gdy ogródków zabraknie? Spektakl jest ansamblowy. Sceny zbiorowe mają swój rytm. Reżyser narzucił dyscyplinę, elementy tańca i śpiewu ożywiają fabułę, wnosząc radość egzystencji – mimo wszystko. Prócz Kandyda (Wojciech Michalak) prym na scenie wiedzie Kunegunda, ukochana bohatera, odkrywając barwy swojej osobowości. W tej scenicznej zbiorowości każda z postaci wyróżnia się indywidualizmem. Więc jak tu nie wymienić Artura Barcisia, Doroty Nowakowskiej, Krzysztofa Gosztyły... Maciej Wojtyszko zaangażował do współpracy syna Adama, przekazując w ten sposób pokoleniową pałeczkę. Reżyser mocno postawił na ironię i sarkazm przy odczytywaniu najbardziej klasycznych tekstów. Wieczór w Ateneum bawi i uczy zarazem.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma