• facebook
  • rss
  • Chropowaty blues

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    Bohater ujawnia przed nami swoje dylematy, oprawiając je w formę muzyczną.

    Każdy występ Jana Jangi-Tomaszewskiego postrzegam jako przykład teatru offowego. Jest to niezwykłe, bo aktor występuje pod szyldem teatru Krystyny Jandy, do którego ceny biletów przyprawiają o zawrót głowy.

    Usprawiedliwia moją opinię fakt, że ostatni spektakl „Hey Joe” odbył się w ramach cyklu spektakli plenerowych, a więc darmowych. Nie to jednak jest najważniejsze. Treści, jakie przemyca Jan Janga-Tomaszewski, mają wyraźnie charakter buntowniczy wobec teatrów repertuarowych. Jak choćby początek monologu, z którego wyłania się taki sens: życie jest beznadziejne, bo i świat jest beznadziejny. Tym, co ponadto podkreśla ten, według mnie, offowy aktor, jest poczucie wolności – zarówno osobistej, jak i artystycznej. – Muzykiem się urodziłem. To dar od Pana Boga, nigdzie nie oszlifowany. Wszystkiego nauczyłem się sam. Sam wymyśliłem własny styl grania. Dźwięki mojej gitary zależą tylko ode mnie. Muzyka to moja własna „droga samuraja”, to moje dążenie do samodoskonalenia – mówi. A jednak jego deklaracje i drogę nobilitują współrealizatorzy spektaklu. Reżyser Marek Modzelewski od strony artystycznej czuwa nad dialogiem Jangi z widzem, a opiekę artystyczną nad całością sprawuje Maciej Wojtyszko. Reszta to bardzo osobiste wyznania, jakie mogłyby paść z ust każdego sfrustrowanego mężczyzny, gdyby zdobył się na odwagę. Jest zatem o zwodniczej przyjaźni, o ideałach, z których wyleczyło życie, o niewiernych kobietach, o samotności. Wszystko to inspirowane historią wielkiego artysty i wielkiego samotnika, jakim był Jimi Hendrix. Żale, męskie porażki, odkrywane z minuty na minutę rozczarowania ilustrowane są zawodzącą, a płynącą gdzieś z trzewi muzyką rockowo-bluesową. Może dlatego cały spektakl odbierany jest jak ironiczno-gorzka opowieść o wzlotach i upadkach, o nadziei, która rodzi się i umiera. Pojawiło się też takie określenie tej odważnej i wstydliwej historii bohatera: to siermiężne, męskie prawdy zamknięte w chropowatym bluesie. Muzycy przyłączają się w tę osobliwą narrację, akompaniując śpiewającemu i grającemu na gitarze aktorowi poprzez wykorzystanie nietypowego brzmienia takich instrumentów jak cajon (Adam Lewandowski) i gitara basowa (Paweł Stankiewicz). Życie dokumentowane gitarą i słowem stało się odbiorcom na tyle bliskie, że spektakl zagrano już 51 razy. Przy komplecie widzów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół