• facebook
  • rss
  • Chodźmy stąd

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 44/2017

    dodane 02.11.2017 00:00

    Każda piosenka do wierszy Zuzanny Ginczanki jest jak niezapomniany spektakl.

    Młoda. Piękna. Utalentowana. Wierzyła w przyszłość. Już jako mała dziewczynka pisała: „Nie boję się ogromu świata”. Naprawdę nazywała się Zuzanna Polina Gincburg. Czekała na miłość, na szczęście. Świat jednak zaoferował jej lęk. Lęk, który nie opuścił jej aż do końca.

    Nie zauważyła drobnego detalu: że jest Żydówką. Odeszła z tego nieprzyjaznego świata w wieku 27 lat. O wiele za wcześnie. Jej życie, jej twórczość były powolnym umieraniem. Czuła się samotna, najchętniej przebywała nad morzem, bo jego bezkres był skalą, którą przykładała do swojej samotności. A jeszcze przed chwilą wokół było pełno ludzi. Pełno przyjaciół. Czy to oni ją opuścili, czy to ona chowała się przed światem? Nie schowała się skutecznie. Spektakl w Teatrze Żydowskim jest wstrząsający. Od pierwszego songu, w którym Ewa Dąbrowska wykrzykuje największe pragnienie, które nie może się spełnić: „Chcę być biała…”. To dramatyczna próba wyrzeczenia się własnej tożsamości. Podobno często, bezskutecznie, bieliła twarz pudrem. Tak bardzo chciała żyć. Gotowa zapłacić za to wysoką cenę, byleby o sekundę, o milimetr dłużej. Ale wiedziała już, że trzeba po prostu pożegnać się ze światem. Tylko jak? Faworyzowana przez Tuwima i Gombrowicza, który być może widział w niej Iwonę księżniczkę Burgunda, nagle została sama. Co nam zostało po tej ślicznej, utalentowanej dziewczynie? Album ze zdjęciami i dwa zeszyty wierszy. Doskonałych i bardzo zasmucających. Krzysztof Kamil Baczyński i Zuzanna Ginczanka – czy można między nimi postawić znak równości? A dlaczego nie? Oboje czuli nieustannie jarzmo śmierci. „Była sobie cichuteńka rozpacz/ milcząc chwile z grządek życia pełła/ znajdowała siebie w smutnych wierszach” – wzdycha Zuzanna Ginczanka. Może tylko Bóg zechce ich uratować, zabierając z tej okrutnej ziemi… Oboje zapisali się talentem ponadprzeciętnym. Słowa, które wychodziły spod pióra Ginczanki, były tylko jej własne: „serce w płacz ojedwabia”, „wniebowstąpienie ziemi”, „wyładujcie się w wolty i jak wiry się zwirzcie”, „najciszej-najzwyklej-najprościej”… Nie dane jej było rozwinąć swojego talentu. Całe lata była zapomniana. Każda piosenka na malutkiej scenie to krzyk bólu. Publiczność słucha w kompletnym milczeniu. To rodzaj hołdu dla niezwykłej poetki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół