Nowy numer 21/2018 Archiwum

Zdrowaśki nie wystarczą

Z tego wypadku nie powinien wyjść żywy, a na pewno nie cały. – Czymże ja się odwdzięczę Bogu? – zastanawia się Władysław Szperalski. Stara się jak może.

W Izdebnie Kościelnym mieszkają od pokoleń. – Będzie na pewno grubo ponad 100 lat – mówi Agnieszka Deliś, która razem z mężem i swoim bratem Władysławem gospodarują na ojcowych hektarach. W domu było ich dwanaścioro. Żyją z rolnictwa, w rytm zasiewów i zbiorów pszenicy, buraków cukrowych, rzepaku. I kościelnego roku.

Na ścianie parterowego domku w kolorze pistacji obraz Matki Bożej Częstochowskiej. I wymalowany wzorek, jaki widywałem u własnej babci. Stary kaflowy piec przykryty blatem w razie potrzeby jeszcze można by rozpalić. Skromnie, ale schludnie. Z daleka widać trzy silosy na ziarno. Obok nich, przykryta płachtą, jakby połowa samochodu. Władysław Szperalski pokazuje boczne wgniecenie, sięgające fotela pasażera. – Siła uderzenia była taka, że przesadziła mnie obok – pokazuje. Był 21 sierpnia 2015 r. Władysław jechał do sklepu po części do ciągnika. Skręcał w lewo, w bramę, gdy z ogromną prędkością uderzył w niego młody kierowca BMW. Chociaż w tym miejscu, z powodu robót drogowych, było ograniczenie do 30 km/h, on w miejscu zabudowanym musiał pędzić jakieś 150 km/h. W bok uderzył przy ok. 120 km/h, co łatwo ocenić dzięki sklepowemu monitoringowi. Samochód Władysława Szperalskiego obróciło do góry kołami. Sprawca przeleciał nad głębokim rowem. Wyszedł z wypadku niemal bez szwanku. Musiał mieć niezłe „plecy”, bo do sprawy powołano kilku biegłych. Chyba piąty orzekł na siłę, że trudno przesądzać o winie młodego kierowcy. A prędkość BMW oszacował na mniej, niż deklarował jego kierowca, który zresztą kilka dni później jeździł już nowym samochodem. Znowu jak wariat. Szperalski, rocznik 1954, to mocny chłop. Ale wszyscy powtarzają: to cud, że wyszedł z wypadku cały. W szpitalu w Grodzisku Mazowieckim położono go na ortopedii zamiast na chirurgii. Choć przytomność odzyskał dopiero kilka godzin później. – Sam nic nie pamiętam z chwili wypadku. Po czterech dniach mnie wypisali. W domu jednak dostałem strasznych bólów. Po tygodniu z powrotem trafiłem do szpitala. Usunięto mi śledzionę – wspomina. Z kart leczenia szpitalnego wynika, że poza urazem czaszkowym, złamanym wyrostkiem poprzecznym dwóch kręgów i pękniętą śledzioną właściwie nic mu nie dolega. Krwiak mózgu wchłonął się sam. Parafia w Izdebnie liczy 800 parafian. Drewniany kościółek św. Michała Archanioła i Zwiastowania NMP, w wyglądzie barokowy, o ludowym wnętrzu, pamięta jeszcze lata pierwszego rozbioru Polski. W 1990 r. bezcenny zabytek prawie spłonął. Wkrótce potem przeprowadzono gruntowny remont. Na ścianach od połowy XIX w. wiszą żeliwne stacje drogi krzyżowej. Drewnianą dzwonnicę postawiono pod koniec XVIII stulecia. W tej świątyni od kilku pokoleń modlą się Szperalscy. Tu przyjmują sakramenty i z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy. Od wypadku Władysław Szperalski codziennie odmawia cały Różaniec. Wdzięczny jest za ocalenie Matce Bożej, ale wierzy, że wstawili się za nim także jego zmarli rodzice. Mama Genowefa odeszła rok przed wypadkiem. – Byli bardzo pobożni, wymodlili mi powrót do życia. A byłem chyba już bardzo blisko śmierci, bo z góry patrzyłem na szpital i miasto. Pan Bóg widać uznał, że jeszcze jestem do czegoś potrzebny – mówi Władysław Szperalski. Już po wypadku jako wotum wdzięczności ufundował dębowe boczne ołtarze i obraz Pana Jezusa na krzyżu pędzla Arkadiusza Kalicy w głównym ołtarzu. Proboszcz, ks. Józef Nowacki, pokazuje też odrestaurowane feretrony i rząd zakupionych dębowych klęczników z lewej strony. Wcześniej Władysław Szperalski sfinansował też budowę ogrodzenia zabytkowego kościoła i postumenty pod figury Matki Bożej i Chrystusa. – Żeby tak chociaż na przedsionek nieba zasłużyć i Bogu wdzięczność wyrazić – mówi. Sprawiedliwości po wypadku już szukać nie chce, choć bywa, że ból w plecach jest nieznośny.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma