Niedzielne słońce zalało 28 czerwca warszawski Ursus. Przed pomnikiem upamiętniającym robotniczy zryw sprzed pół wieku zgromadziło się kilkadziesiąt najwytrwalszych osób, w tym kilkanaście pocztów sztandarowych z całej Polski, od Łowicza po Śląsk, od Lublina po Wielkopolskę i Gdańsk. Byli politycy, duchowni i chór. Jednak najważniejsi byli oni - starsi, często schorowani ludzie ze srebrnymi włosami, bohaterowie Czerwca 1976 roku. Dla nich to nie tylko oficjalna rocznica. Dobrze pamiętają dzień, w którym strach musiał ustąpić miejsca godności.
Dla Jana Godlewskiego, wówczas 36-letniego pracownika fizycznego na zakładzie silnika, czwartek 25 czerwca 1976 roku zaczął się jak każdy inny dzień. O szóstej rano odbił kartę pracowniczą i stanął przy maszynie. W powietrzu wisiało jednak ogromne napięcie: dzień wcześniej premier Piotr Jaroszewicz ogłosił drastyczne, sięgające nawet 150 proc. podwyżki cen żywności. Jako pierwsi protest wszczęli robotnicy radomskich Zakładów Metalowych im. gen. Waltera.
Dla Jana Godlewskiego, wówczas 36-letniego pracownika fizycznego na zakładzie silnika, czwartek 25 czerwca 1976 roku zaczął się jak każdy inny dzień.
Tomasz Gołąb /Foto Gość
- Praca rozpoczęła się o szóstej. Około 6.30 maszyny jednak zaczęły cichnąć. Z hali produkcyjnej zakładu silników nie było widać świata zewnętrznego, ale naprzeciwko znajdował się dział generatorów z oknami wychodzącymi na narzędziownię. Ktoś tam zajrzał, wrócił i rzucił: „Słuchajcie, na narzędziowni już wyszli ludzie”. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyłączono zasilanie.
Robotnicy wyszli na duże schody przed halą. Na centralnym skrzyżowaniu dróg zakładowych zaczął gęstnieć tłum. Pojawili się pierwsi gorliwi obrońcy systemu. Zakładowy ormowiec próbował dyscyplinować zebranych: „Trzeba pracować, a nie tu strajkować”. Skończyło się na kilku szturchańcach: reżimowy strażnik musiał odejść, a tłum rósł z minuty na minutę.
Początkowo plan był prosty - stworzyć delegację z robotników i mistrzów, pójść do budynku dyrekcji i żądać rozmów z premierem. Gdy tłum dotarł pod drzwi, okazało się, że są zamknięte. Jeden z dyrektorów, zamiast podjąć dialog i widząc narzekającą na drożyznę kobietę w roboczym fartuchu, wyciągnął z kieszeni banknot: „Jak pani tak mało, to pani dam”.
- Rozwścieczona kobieta pieniędzy nie wzięła, a dyrektor zatrzasnął drzwi. Zdjęła swój szary, roboczy fartuch, a robotnicy przymocowali go do jednego z masztów i wciągnęli na samą górę. Fartuch powiewał nad Ursusem zamiast flagi - wspomina Jan Godlewski.
Ludzie czekali. Godzinę, dwie. Reżimowa prasa i radio milczały. Wtedy ktoś rzucił pomysł: „Wejdźmy na tory. Jak zatrzymamy pociągi na linii warszawskiej, usłyszy o nas cała Polska”. Blisko tysiąc osób zablokowało kluczowy węzeł kolejowy. Przyniesiono klucze, zaczęło się rozkręcanie szyn. Maszynista pociągu dalekobieżnego zablokowany przez tłum po prostu opuścił skład i odszedł. Jakiś młody chłopak, prawdopodobnie z kolejarskiej rodziny, potrafił jednak obsłużyć maszynę - ruszył pociągiem tak, że lokomotywa zanurzyła się podwoziem w kolejowym tłuczniu, trwale blokując ruch. Informacyjna blokada komunistów pękła. Wieść o strajku w podwarszawskiej fabryce błyskawicznie rozniosła się po całej Polsce. Ludzie opuszczający pociągi i ruszający pieszo w kierunku Warszawy czy Piastowa stali się mimowolnymi kurierami, którzy roznosili prawdę o buncie w Ursusie. Do strajkujących docierali kolejni pracownicy, z drugiej zmiany. Wtedy fabryka zatrudniała 16 tys. osób, a niektórzy dojeżdżali nawet 80 kilometrów. Ci, którzy mieli bliżej, na strajk dotarli na piechotę.
Z powodu strajku w Ursusie Aleksander Piwoński o mało nie spóźnił się na swój ślub. Na zdjęciu z Ryszardem Tkaczem (z lewej), przewodniczącym Komisji Zakładowej w zakładach "Kasprzaka".
Tomasz Gołąb /Foto Gość
Paraliż linii kolejowej odczuli nie tylko dygnitarze w Warszawie. Aleksander Piwoński dokładnie tego dnia, w sobotę 26 czerwca, jechał do Piastowa na swój ślub cywilny z narzeczoną Mirosławą. Pociągi nie kursowały.
- Wzięliśmy taksówkę, moja mama, świadkowie i ja. Przejeżdżając obok, zatrzymaliśmy się, żeby uczcić ten strajk - uśmiecha się dzisiaj pan Aleksander, chociaż wtedy nie było mu do śmiechu. Przez ten patriotyczny odruch czas uciekał dramatycznie. Przyszła teściowa w Piastowie rwała włosy z głowy, przekonana, że pan młody uciekł. Ostatecznie do urzędu stanu cywilnego młodzi wpadli na minutę przed zamknięciem. Urzędniczka zamykała już drzwi, ale widząc zdyszanych nowożeńców, otworzyła urząd i zarejestrowała małżeństwo. Dziś państwo Piwońscy świętują dokładnie 50. rocznicę tamtych wydarzeń. Strajku i swojego ślubu.
Wieczorem 25 czerwca 1976 roku komunistyczna władza pokazała swoje prawdziwe oblicze. Do Ursusa i Radomia wkroczyły oddziały ZOMO. Rozpoczęły się masowe aresztowania i brutalne bicia na tzw. „ścieżkach zdrowia” - szpalerach milicjantów okładających pałkami zatrzymanych. Ponad setka zakładów w kraju stanęła, zastrajkowało 80 tysięcy ludzi. Choć podwyżki wycofano, reżim mścił się bezwzględnie: pokazowe procesy, wyroki do 10 lat więzienia, wilcze bilety i natychmiastowe zwolnienia z pracy.
Szymon Głąb, wówczas inspektor narzędziowy w Ursusie, w dzień strajku był na urlopie. Gdy wrócił, zastał przetrzebione biura.
- Dwie osoby z mojego pokoju po prostu zostały zwolnione. Ludzie ogromnie bali się o swoje rodziny - opowiada Szymon.
Jacek Knap pracował w Zakładach im. Marcelego Nowotki, był dwukrotnie pozbawiony wolności. Wszedł w skład Tymczasowego Zarządu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Mazowsze.
Tomasz Gołąb /Foto Gość
Niesprawiedliwość ta zrodziła jednak coś pięknego: podwaliny pod przyszłą Solidarność. W obronie bitych i nękanych robotników z Ursusa i Radomia zawiązał się Komitet Obrony Robotników (KOR), łączący ludzi o skrajnie różnych poglądach, a Kościół pod przewodnictwem prymasa Stefana Wyszyńskiego słał listy protestacyjne do premiera Jaroszewicza i Edwarda Gierka.
Obchody 50. rocznicy w Ursusie zgromadziły rzesze ludzi. Podczas uroczystej Mszy Świętej, którą z abp. Adrianem Galbasem koncelebrowało kilku ursuskich proboszczów, wspominano tych, którzy za walkę o godność zapłacili najwyższą cenę, jak skatowany Jan Brożyna czy wspierający robotników modlitwą ks. Roman Kotlarz.
Rocznica strajku w Ursusie
W odczytanym przez ministra Karola Rabendy liście od prezydenta RP Karola Nawrockiego padły słowa o trwającej pół wieku walce z sowiecką opresją. Prezydent podkreślił, że robotnicy z 1976 roku nie zgodzili się na życie w kłamstwie, a ich opór przygotował grunt pod bezkrwawą rewolucję Solidarności. Obecna na uroczystościach marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska przypomniała, że komunistyczna władza pogardliwie nazywała protestujących „warchołami” i „chuliganami”, podczas gdy oni upominali się jedynie o elementarny szacunek i wolność.
Wielu rozmówców ze smutkiem zauważa, że pamięć o tamtych dniach powoli zaciera się wraz z odchodzącymi ludźmi. Z gigantycznego zakładu, który wraz z filiami dawał zatrudnienie dla 110 tysięcy ludzi, nie zostało dziś prawie nic.
- Żyjących znajomych z tamtych czasów mogę policzyć na palcach jednej ręki - przyznaje 83-letni dziś Szymon Głąb.
Jednak, jak podkreślano podczas oficjalnych przemówień, rok 2026 został ogłoszony Rokiem Robotniczych Wydarzeń. Po to, żeby lekcja z Czerwca '76, lekcja sprzeciwu wobec pogardy, nienawiści i hejtu, przetrwała dłużej niż ludzka pamięć.
Rocznica strajku w Ursusie









