Numer do Pana Boga

Agata Ślusarczyk

|

Gość Warszawski 29/2012

publikacja 19.07.2012 00:00

Zagrożenia we wspólnotach. O tym, kiedy wspólnota staje się destrukcyjna, z ojcem Radosławem Brońkiem OP, dyrektorem Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych w Warszawie, rozmawia Agata Ślusarczyk.

Numer do Pana Boga agata Ślusarczyk

Agata Ślusarczyk: Od kilku lat pomaga Ojciec ofiarom sekt. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że problem ten dotyczy także wspólnot funkcjonujących w ramach Kościoła.

O. Radosław Broniek: – Problem nadużyć, manipulacji w grupie religijnej to nie jest coś, co spotykamy tylko poza Kościołem, ale ma miejsce, niestety, także w różnych wspólnotach w Kościele. Tu też są grzeszni ludzie.

Przykładowo, w ostatnich kilku latach zgłosiło się do nas do ośrodka wielu członków jednej z takich grup działających w ramach Kościoła. Niektórzy z nich nadal uczestniczą w terapii i potrzebne im jest wsparcie psychologiczno-duszpasterskie, bo nadużycia były naprawdę duże.

Wielu ludzi dzwoni do naszego ośrodka po informacje na temat różnych grup czy ruchów. Przychodzą także osoby, które czują się przez konkretne grupy czy osoby poszkodowane.

Na czym polega ich problem?

– Mają poczucie, że ktoś naruszył ich godność i wolność, że zostały w jakiś sposób wykorzystane, że je skrzywdzono, najczęściej w wymiarze psychicznym.

Mógł to być kapłan, który uzależnił od siebie emocjonalnie osobę albo nadużył funkcji kierownictwa duchowego, mówiąc, co ktoś ma robić, np. za kogo mają wyjść za mąż lub jakie studia podjąć. Albo lider domagający się bezwzględnego posłuszeństwa, nawet w najdrobniejszych sprawach. W sekcie bywa tak, że całe życie „kręci się” tylko i wyłącznie wokół grupy, nie ma czasu na życie prywatne, na swoje pasje, na rodzinę.

Kapłan lub lider grupy swoją fałszywą nauką (np. przesadnym akcentowaniem wymiaru kary lub wzbudzaniem poczucia winy) ingeruje w relacje człowieka do Boga, zamazując jego prawdziwy obraz. Jest to bardzo krzywdzące, bo poprzez takie praktyki człowiek traci zaufanie do Kościoła, a Boga postrzega na przykład jako surowego sędziego, którego zaczyna się bać. Manipulacja jest podparta często naukami Pisma Świętego, które traktuje się instrumentalnie, aby udowodnić swoje racje i poprzeć swoje niemoralne postępowanie czy decyzje wobec członków grupy.

Człowiek niby jest wolny, ale jeśli nie zrobi tego, czego żąda wspólnota, będzie „niewierny Bogu”, „porzuci swój krzyż” itd. Tak np. wzbudza się poczucie winy. Człowiek, nawet jeśli ma problemy z właściwym korzystaniem z daru wolności, to jednak jako osoba ma fundamentalne prawo do samostanowienia. Cele wspólnoty-sekty, które ta deklaruje, są inne niż te, które w rzeczywistości realizuje. Na ich czele stoją często osoby, które mają nadmierne pragnienie władzy, chore ambicje, chcą się dowartościować, uważają się za mistyków, a niekiedy są po prostu chorymi, zaburzonymi osobami.

Przy klasztorze działa Dominikański Ośrodek Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych. Na czym polega pomoc?

– Działamy jako punkt pierwszej pomocy, konsultacji i wsparcia. Z osobami poszkodowanymi spotykamy się w zespole: ksiądz, psycholog, inni wolontariusze. Bardzo często nasza rola polega na odesłaniu do specjalistów – lekarza, terapeuty, prawnika, a nawet egzorcysty. Pomagamy także rodzinom, których bliscy związali się z destrukcyjną grupą. Nie wyciągamy nikogo na siłę i wbrew jego woli z grupy.

Nawet jeśli pewne wybory bliskich nam osób są dla nas trudne do zaakceptowania, to jednak musimy pamiętać, że człowiek ma prawo do wolności sumienia. W niektórych przypadkach musimy także kontaktować się z władzami kościelnymi. Czasem weryfikujemy informacje, które do nas spływają, i kontaktujemy się z proboszczami. Ma to także duże znaczenie, gdyż były przypadki na terenie Warszawy, że osoby związane z tzw. wolnymi Kościołami protestanckimi prowadziły warsztaty dla małżeństw przy parafii i wyciągano ludzi z Kościoła.

Jakie grupy najczęściej narażone są na pójście złą drogą?

– Jeśli mówimy o grupach działających w ramach Kościoła katolickiego, to ważną rolę odgrywa obecność i realna opieka duszpasterza. Kapłan powinien czuwać nad poprawnością głoszonej nauki, dbać także o ludzi, interesować się nimi, mieć dla nich czas. Większa jest wówczas szansa, że grupa nie zbłądzi.

Niestety, wiele wspólnot właśnie z tego powodu odeszło od Kościoła. Ważne jest także posłuszeństwo wobec Kościoła instytucjonalnego, zwłaszcza w momentach jakiegoś konfliktu czy napięcia. Ostatnie wydarzenia związane choćby z księdzem Natankiem pokazują, jak to jest istotne. Jeśli ktoś chce organizować grupę tylko „po swojemu”, po swojemu tłumaczyć Biblię, głosić swoje idee, wizje – to można postawić zasadne pytanie, ku czemu to będzie zmierzać? W krańcowych sytuacjach niektórzy liderzy uzasadniają swoje postępowanie bezpośrednim kontaktem z Bogiem. Jeśli ktoś przykładowo mówi, że jest „wcieleniem Maryi” albo że ma „telefon do Pana Boga”, to nie sposób z takim „argumentem” już dyskutować.

Delikatną kwestią są różne ruchy charyzmatyczne. Sam bardzo cenię Ruch Odnowy w Duchu Świętym, który istnieje w Kościele, i widzę, ile dobra on sprawia. Niekiedy jednak, i mamy od czasu do czasu takie przypadki w naszej pracy, zostaje przeakcentowana kwestia nadzwyczajnych charyzmatów. Zamiast na chwaleniu Boga, ludzie zaczynają się skupiać na nadzwyczajnych darach, co może prowadzić do specyficznej duchowości. Niekiedy także zbyt mocno kładzie się nacisk na obecność i działanie szatana, nadmiernie eksponując wszelkie modlitwy o uwolnienie.

Jak poznać, że zaangażowanie jakiejś osoby w grupę jest niewłaściwe albo że sama wspólnota może być destrukcyjna?

– Jeśli ktoś ma rodzinę, można zadać sobie pytanie: na ile uczestnictwo w religijnej grupie pomaga mi być dobrym współmałżonkiem i rodzicem, na ile utwierdza mnie w moim powołaniu, które zostało mi dane?

Jeśli pomaga – wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli nie, bo okazuje się, że moje zaangażowanie rodzi konflikty lub brakuje mi czasu na sprawy domowe – to sygnał, że coś jest nie tak. Kiedy wspólnota domaga się coraz większego zaangażowania – to fałszywy kierunek. Człowiek ma swoje powołanie. I jeśli jest znane, wspólnota nie powinna z nim konkurować, wprowadzając fałszywą alternatywę, np. „albo rodzina, albo wspólnota”.

A jak mają to sprawdzić studenci albo osoby, które nie odnalazły jeszcze powołania?

– Mam wrażenie, że coraz częściej można spotkać takich ludzi w Kościele, którzy przerzucają odpowiedzialność za swoje decyzje na kierownika duchowego. Mają problem z podejmowaniem decyzji, z braniem odpowiedzialności za swoje życie. Warto wówczas badać swoją motywację. Jeśli ktoś ma niezaspokojone potrzeby emocjonalne i całym sobą angażuje się w działania grupy tylko dlatego, że nie radzi sobie ze sobą, ze swoją samotnością, ze swoim głodem uczuć, to pytam: czy to jest dobre?

Czy to go nie odciąga od tego, żeby naprawdę zmierzył się ze swoim życiem, znalazł swoje prawdziwe powołanie – czy wspólnota nie jest wówczas namiastką tego, czym on tak naprawdę ma żyć? W końcu trzeba zmierzyć się z samym sobą. Ktoś może odczytać swoje powołanie do życia w samotności związane z daną grupą, ale to musi być świadomy i wolny wybór. Jeśli mamy wspólnotę, gdzie jest wiele młodych osób, to z pewnością ważnym elementem formacji powinno być wychowywanie do mądrej i odpowiedzialnej wolności.

Czemu w takim razie ma służyć wspólnota?

– O wspólnocie chrześcijańskiej można powiedzieć, że to miejsce w Kościele, w którym wspólnie odkrywamy Boga i wspólnie idziemy do Boga.

Ale każdy w swoim powołaniu. Inaczej ksiądz, osoba samotna, małżonek. W chrześcijaństwie chodzi o zwyczajne, ludzkie życie, każdego zgodnie ze swoim powołaniem, ze świadomością, że Bóg jest między nami, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”.

Ważne jest to „między”. A święty Jan powie prosto, ale dobitnie: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, że będziecie się wzajemnie miłowali”. Bo ostatecznie to prawdziwa miłość do siebie nawzajem weryfikuje chrześcijańską, a tak naprawdę każdą wspólnotę.