Ciocia, która mieszka w niebie

Agata Ślusarczyk

|

Gość Warszawski 46/2014

publikacja 13.11.2014 00:00

Świętych obcowanie. – To małe dziecko na kolanach obok siostry Faustyny to ja – pokazuje 81-letnia Marianna z Łomianek.

 Wanda Ekielska  z mamą Marianną Wanda Ekielska z mamą Marianną
Zdjęcia Agata Ślusarczyk /Foto Gość

Był rok 1935. Siostra Faustyna po raz pierwszy po 11 latach życia zakonnego przekroczyła próg rodzinnego domu w Głogowcu. Pierwszy i ostatni. Weszła do izby, gdzie leżała jej ciężko chora matka, pochwaliła Boga, uklęknęła przy matczynym łóżku i powiedziała: – Mamusiu, ty jeszcze wstaniesz. Ku zaskoczeniu reszty domowników Marianna Kowalska zaraz sama usiadła. Ataki bólu wątroby ustąpiły. Radość w rodzinie Kowalskich była więc podwójna. Zamówiono nawet fotografa, by po latach rozłąki całą familię na zdjęciu uwiecznił. S. Faustyna zajęła honorowe miejsce na środku. Obok rodzice, rodzeństwo, stryjostwo i dzieci. Na kolanach babci Marianny posadzono małą Marysię. – Nie pamiętam s. Faustyny. Podczas tej wizyty miałam rok i osiem miesięcy, ale dobrze, że była za moimi plecami – cieszy się pani Marianna. Od tamtego wydarzenia minęło blisko 80 lat.

S. Faustyna zmarła, gdy Marysia miała pięć lat. O swojej cioci dowiadywała się z rodzinnych opowieści. Jako jedna z pierwszych osób z kart „Dzienniczka” poznała tajemnicę jej mistycznego życia. A kiedy zapiski stawały się coraz bardziej popularne, o nadzwyczajnym działaniu cioci-zakonnicy zaczęli opowiadać jej także inni. Przez te wszystkie lata sama doświadczała jej pomocy, a także nietypowego spotkania…

Głogowiec

Józia, najstarsza z dziewięciorga rodzeństwa s. Faustyny, po zamążpójściu z rodzinnego Głogowca przeprowadziła się do pobliskiego Rogowa. Tu na świat przyszła Marysia. – Matką chrzestną miała zostać s. Faustyna, ale nie mogła przyjechać. Więc moją chrzestną została jej siostra Gienia, a po s. Faustynie dostałam drugie imię – Helena – wspomina Marianna. Swoją „przybraną” chrześnicę s. Faustyna mogła zobaczyć dopiero wówczas, gdy z powodu choroby matki przyjechała do Głogowca. Nie wiadomo dokładnie, ile czasu spędziła w rodzinnych stronach, ale pewne jest, że odwiedziła dom w Rogowie. Tego dnia Józia była zrozpaczona. Choroba wpadła w kury, tak że zaczęły padać. Nad ptactwem szlochała tak, jakby świat jej się zawalił. – No czego tak płaczesz, przecież to nie jest najważniejsza sprawa w życiu – miała powiedzieć na widok zrozpaczonej siostry s. Faustyna. Zarówno Józię, jak i całą rodzinę często pokrzepiała. Z klasztoru pisała listy, pytając o rodzinne sprawy i udzielając wskazówek na temat wiary. Marysi przesyłała obrazki z Matką Bożą z adnotacją na odwrocie „kochanej Marysieńce”. – Kiedy rozpoczęła się wojna, ludzie ze strachu przed Niemcami doradzili, by korespondencję spalić. Do dziś żałuję, że tak się stało – wspomina z bólem Marianna. Z Rogowa do Głogowca były trzy kilometry. – Kiedy tylko mogłam, „uciekałam” do babci. To był bardzo wesoły dom i ciepły. Często żartowaliśmy, a ciocia Genia opiekowała się mną jak mama – wspomina. W Rogowie mieszkała przez 22 lata.

Łódź

Był rok 1955. Od śmierci s. Faustyny minęło wtedy 17 lat. Marianna za pracą przeprowadziła się do Łodzi. Tu założyła rodzinę. Gdy w odwiedziny do córki przyjeżdżała mama Józefa, dom zawsze był pełen różnych gości. – Mama była bardzo towarzyska, wszędzie miała znajomości. Poza tym nie ukrywała, że jest rodzoną siostrą s. Faustyny. Dzięki temu jednoczyła wokół siebie pierwszych czcicieli Bożego Miłosierdzia na długo przed oficjalnym zatwierdzeniem kultu – wspomina Marianna. O zakonnicy z Głogowca zaczynało być coraz głośniej. Kilka lat wcześniej siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia podjęły starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Zaczęto spisywać wspomnienia o s. Faustynie, przepytywać rodzinę, pracodawców, znajomych.

Ludzie z rąk do rąk przekazywali sobie także pierwsze odpisy z „Dzienniczka”. Oficjalnie, po rzetelnym przepisaniu go z oryginału, ukazał się dopiero w 1981 r. – Mama czytała nam go na głos. Byliśmy wzruszeni. Nie wiedzieliśmy, że pisała duchowy dziennik – wspomina Marianna i dodaje: – Najwięcej o jej życiu dowiedziałam się właśnie z tej lektury. Tego, że miała u Boga specjalne względy, rodzina domyślała się już wcześniej, choćby podczas wizyty u chorej matki, kiedy przewidziała jej rychłe ozdrowienie. Resztę usłyszeli od ludzi, którzy już wówczas określani byli jako czciciele Bożego Miłosierdzia. Historie były przeróżne: od snów po przeżycia związane z lekturą „Dzienniczka” i osobiste spotkania z s. Faustyną. – Pewnego razu przyszła do nas zaprzyjaźniona nauczycielka. Mówiła, że akurat robiła przetwory, gdy u progu stanęła uboga staruszka. Wielu takim pomagała, więc także i tym razem dała jej chleb. Staruszka ze szmacianej torebki wyciągnęła serwetkę. Trochę nietypową. Pięknie haftowaną, bielusieńką, wykrochmaloną – wyglądała jak korporał. Starannie zawinęła w nią podarek i schowała. „Byłam zdziwiona, zapytałam ją, gdzie mieszka. Ona odrzekła, że przy Cmentarnej 26” – wspominała nauczycielka. Adresu szukała w całej Łodzi. Zagadka rozwiązała się w Łagiewnikach. 26 – to numer grobowca, w którym pochowana jest Faustyna.

Podobnych historii było więcej – wspomina Marianna. Co najmniej dwa razy do roku całą rodziną jeździli do Łagiewnik. Siostry zakonne wielokrotnie opowiadały o tym, jak s. Faustyna z nieba im pomaga. – Najbardziej utkwiła mi w pamięci anegdota o tym, jak s. Faustyna odstraszyła złodziei. Przy kościelnej skarbonie, którą chcieli okraść, zobaczyli kobietę w habicie. Nagle, na ich oczach, zakonnica zniknęła, a oni przelękli się i uciekli – wspomina. W rodzinie także krążyły opowieści o różnorakiej pomocy, której w codziennych sytuacjach doświadczali od s. Faustyny domownicy – chociażby udana podróż. Bratu Mieczysławowi obiecała, że przyjdzie po niego w godzinie śmierci. Są świadkowie, że słowa dotrzymała. Nawet ludzie w kolejce w sklepie potrafili mówić o różnych cudach i cudeńkach za przyczyną zakonnicy z Głogowca. – Tylko mnie nic takiego się nie przytrafiało, choć stale modliłam się za jej przyczyną. Przez wiele lat miałam nawet o to do niej pewien żal – przyznaje Marianna.

Sen

Kilka lat temu miała jednak sen. Wydawało jej się, że jest w domu w Głogowcu; gwarno tam było, jak za dawnych lat. Wśród domowników była i s. Faustyna. – Podbiegłam do niej i przytuliłam się. „Ciociu, jak dobrze, że w końcu cię spotkałam, tyle mam kłopotów, o wszystkim ci opowiem” – powiedziałam – wspomina. Zakonnica ogarnęła ją ramionami, położyła głowę na ramieniu. I z uśmiechem powiedziała: – Co ty mi opowiesz, przecież ja o wszystkim wiem. Słowa św. Faustyny ciągle brzmią w jej uszach. – Dopiero z perspektywy lat widzę, że ona cały czas czuwa nad naszą rodziną, dyskretnie kieruje losem, wielokrotnie pomaga – przyznaje. – Modliłam się za przyczyną s. Faustyny, by moja córka nie straciła wzroku, i nie straciła. O rozwiązanie poważnych kłopotów finansowych męża – i rozwiązały się. O zgodę i miłość w rodzinie – i jej doświadczam: choć mam już 81 lat, przez wnuczki jestem bardzo kochana i szanowana – wylicza tylko niektóre łaski Marianna.

Łomianki

W przeciwieństwie do swojej mamy Józi Marianna i jej rodzina nie zdradzają zbyt szybko swojego pochodzenia. Starają się żyć zwyczajnie. Od dziesięciu lat wraz z córką i wnuczkami Marianna mieszka w Łomiankach. Jest babcią siedmiorga wnuków i prababcią. – W nowym miejscu czuję się dobrze, choć trudno przesadzać stare drzewa – przyznaje. Kilka razy do roku odwiedza rodzinne strony. Często wspomina atmosferę domu w Głogowcu. Na święta Bożego Miłosierdzia często jeździła z rodziną do Łagiewnik, a ostatnio na Żytnią, gdzie w 1925 r. do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia wstąpiła s. Faustyna. – Zdarza się, że jak pielgrzymi dowiedzą się, że jesteśmy rodziną św. Faustyny, to chcą nas dotknąć, proszą o modlitwę. Znajomi, którzy zostawiają nam intencje, mówią wprost: „Bo wy macie takie znajomości w niebie” – mówi Wanda Ekielska, córka Marianny. Kilka lat temu Wanda założyła nawet specjalny zeszyt. Na jednej stronie zapisuje intencje, na drugiej robi adnotacje, jak rozwiązała się sprawa. – Sami wielokrotnie w przeróżnych sprawach prosiliśmy o pomoc ciocię. Gdy brakowało pieniędzy na budowę „Domu Narodzin” w Łomiankach, modliliśmy się, by „zorganizowała” kostkę brukową, krany czy bramę wjazdową. To, że udało nam się kupić dom, to też jest zasługa Bożego miłosierdzia, które s. Faustyna nieustannie wyprasza. Mało tego, darowano nam dług, który zaciągnęliśmy na ten cel – opowiada Wanda.

Ona także jest przekonana, że Boże Miłosierdzie ją prowadzi, zwłaszcza w trudnych chwilach. Gdy na świat przyszedł Piotr – czwarte dziecko państwa Ekielskich – i zdiagnozowano u niego padaczkę z cechami autyzmu i upośledzeniem umysłowym, ludzie zaczęli mówić: „Macie tę ciocię w niebie i co?”. – A ja, w przeciwieństwie do wielu kobiet, które urodziły chore dziecko, nie lękałam się kolejnej ciąży. Po nim urodziłam jeszcze trójkę zdrowych dzieci. To jest łaska. Łaską także jest to, że mimo sugestii otoczenia nie oddaliśmy Piotra do żadnego ośrodka. Żyje z nami w rodzinie – mówi Wanda. O opiece Bożego Miłosierdzia przypomina duży obraz Jezusa Miłosiernego, który wisi nad stołem w salonie. To tu w każdy piątek zbiera się cała wielopokoleniowa rodzina na modlitwie, którą podyktował s. Faustynie sam Jezus.

Rodzinnych pamiątek po św. Faustynie w domu w Łomiankach nie ma wiele: żelazko na duszę z jej rodzinnego domu, którym prawdopodobnie prasowała, oraz oryginalne zdjęcia z rodzinnej „sesji” w Głogowcu, zorganizowanej podczas przyjazdu zakonnicy. Rodzina ma także krzyżyk z prochami świętej i jedne z pierwszych wydań „Dzienniczka”. – Większość oryginalnych pamiątek, które były w naszym posiadaniu, oddaliśmy siostrom w Łagiewnikach – wyjaśnia Wanda. „Faustyńska krew” płynie nie tylko w żyłach rodziny z podwarszawskich Łomianek. W Głogowcu mieszka z rodzinami troje dzieci brata s. Faustyny, Mieczysława. W Łodzi z rodziną Teresa, córka brata Stanisława. Każdy z pewnością może opowiedzieć swoją własną historię o cioci, która mieszka w niebie.