Bardzo ekstremalna droga

Agata Ślusarczyk Agata Ślusarczyk

dodane 19.03.2018 00:55

- Sami chcieliście ekstremalnie, to macie. Pan Bóg o aurę się zatroszczył - żegna nas o. Stanisław Przepierski OP. Przed nami 46,6 km drogi.

Bardzo ekstremalna droga - Ten krzyż jest mi szczególnie bliski - mówi Bartek Borawski, uczestnik dominikańskiej EDK. Agata Ślusarczyk /Foto Gość

Znajomi "w taką pogodę” odradzali, zaprzyjaźniona pani z warzywniaka pukała się w czoło, a rodzina na wszelki wypadek o niczym nie wiedziała. Mimo śnieżno-mroźnej aury wraz z 150 uczestnikami dominikańskiej EDK 16 marca wyruszyłam na szlak.

Podróż w głąb siebie

Czarno-biała Ekstremalna Droga Krzyżowa bł. Michała Czartoryskiego to pierwsza w Polsce trasa łącząca dwa dominikańskie klasztory: klasztor św. Józefa na Służewie i klasztor Matki Bożej Różańcowej sióstr dominikanek klauzurowych w Radoniach. Na pomysł, by zorganizować taką trasę wpadli świeccy dominikanie.

Z klasztoru ze Służewa ruszamy po Mszy św. Zdecydowana większość ekstremalnych pątników to mężczyźni. Mariusz Piechowicz, świeżo upieczony małżonek i ojciec na EDK idzie po raz pierwszy. Jak mówi, będzie "walczyć o męskie serce”. - Chcę, żeby moi bliscy mieli we mnie oparcie. O tym będę myślał całą noc - tłumaczy.

Ewelina, młoda kobieta także jest "ekstremalną nowicjuszką”, ma nadzieję, że droga zmieni coś w jej życiu, dzięki niej znajdzie odpowiedzi na pytania, które ją nurtują. - Dla mnie to nie tylko fizyczna wędrówka, ale podróż w głąb siebie. W tygodniu pochłania mnie wiele zajęć, tu mogę pobyć sama ze sobą w milczeniu - mówi.

Po wielu wrażeniach z tygodnia w milczenie trudno wejść. Ze współtowarzyszami drogi umawiamy się, że gadamy tylko do pierwszej stacji Drogi Krzyżowej. Potem każdy idzie sam.

Pierwszy upadek

Droga wiedzie przez Ursynów w kierunku Lasu Kabackiego, potem Piaseczno, Lesznowolę, Magdalenkę, Nadarzyn i Książenice. Na razie idzie się całkiem dobrze. Tylko z godziny na godzinę wiatr staje się coraz bardziej mroźny, a zimną kanapką trudno się ogrzać. Wytchnienie od wiatru daje dopiero las.

Przy kościele św. Marii Magdaleny w Magdalence półmetek. Zaczyna mnie już złościć to zimno. Po lewej stronie kościoła znajduję przytulną wnękę i drzwi. Otwarte! To kaplica adoracji Najświętszego Sakramentu! W środku, jak się okazało - w każdy piątek - wystawiony jest Eucharystyczny Jezus. Przypadek?

Bardzo ekstremalna droga   W EDK ze Służewa do Radoń wzięło udział 150 pątników. Agata Ślusarczyk /Foto Gość Wyruszamy na szlak po 15 ciepłych minutach. Jest 3.30. Perspektywa kolejnych 20 km i doświadczenie ciepła, osłabia morale. Gadamy o tym, jak fajnie być w ciepłej wannie, potem w ciepłej kołdrze z kubkiem ciepłego rosołu.

"Upadek” trwa krótko. Na szczęście szybko bierzemy się w garść. I zbieramy siły, by w milczeniu iść dalej. Mam nieodparte wrażenie, że mimo zmęczenia niesie nas modlitwa wielu osób, które zadeklarowały duchowe wsparcie. Sama modlę się o siłę przy każdej stacji.

Ostatnia prosta

34. kilometr. Nogi robią się "ciężkie”. GPS pokazuje, że w takim tempie nie zdążę do Radoń na poranną Mszę św. na zakończenie EDK. Podkręcam tempo marszu z 4 km/h do 6 km/h, w porywach idę i 7. Przede mną ostatnie 10 km. Rozpoczyna się wyścig z czasem, walka ze zmęczeniem i zniechęceniem, że "i tak przecież nie zdążę”. Nie odpuszczam. Cisnę, ile fabryka dała do samego końca.

Na szlaku EDK robi się "ciasno”, pod koniec trasy wiele osób ze zmęczenia zwalnia. Wyprzedzam kolejnych pątników.

- Już niedaleko - staram się dodać innym otuchy. W odpowiedzi widzę na twarzach zmęczenie i trud drogi. Dwóch pątników dalej nie idzie. Dla nich EDK kończy się na stacji benzynowej w Książenicy, 3 km przed celem.

Jest! Po 11 godzinach marszu i 23 minutach wita mnie tabliczka "Radonie” i klasztor sióstr dominikanek klauzurowych. Po godz. 8 wpadam "na biegu” do kaplicy. O. Paweł Krupa OP właśnie puryfikuje kielich i patenę. Oznacza to, że właśnie skończył rozdawać komunię św. Ile? 2, 3, 5 minut zabrakło… - Cały trud na marne? - nie mogę w to uwierzyć! Ironia losu…

Po Mszy św. proszę o indywidualne udzielenie sakramentu. Dominikanin udzielił komunii św. nie tylko mnie, ale każdemu, kto choć na koniec dotarł na Eucharystię. Ze szczęścia rozpłakałam się jak dziecko. Nie tylko ja. Dla Bartka Borawskiego kaplica także była Ziemią Obiecaną.

- Poczułem się jak Żyd, który przez 40-lat wędrował przez pustynię. Dotarłem tu ostatkiem sił. Zdjąłem plecak, odłożyłem wędrowny kij, położyłem się krzyżem na posadzce, potem rozpłakałem. Powiedziałem przez łzy Jezusowi: „Zrobiłem to dla Ciebie, bo Cię kocham” - mówi.

Drzwi do raju

Na drzwiach klasztoru wisi kartka: „Kawa, herbata, WC”. Dla ekstremalnych pątników to jak zaproszenie do raju… Ciepło, jest gdzie usiąść, ogrzać się… Ciepłą herbatę popija mężczyzna w sile wielu. Na EDK wybrał się w ważnej dla siebie intencji.  

- Nie układa mi się z żoną, Drogę Krzyżową postanowiłem ofiarować w intencji naszego małżeństwa i rodziny. Ostatnie 15 km to była walka z samym sobą. Jestem zadowolony, że nie poddałem się. Wierzę, że jeśli się czegoś w życiu chce, to można to zrobić. Dowodem na to jest ta pielgrzymka - mówi ze wzruszeniem w głosie Adam Pękul.

Kończy się EDK. Miejscowi proponują pątnikom podwózkę do najbliższej stacji PKP. Czas wracać w codzienne życie. Ale z postanowieniem, by tak jak trasie - nie odpuszczać, ale o większe i mniejsze sprawy walczyć do końca. A Bóg z pewnością ten trud wynagrodzi.