Święty się odwdzięczy

Tomasz Gołąb

|

Gość Warszawski 38/2019

dodane 19.09.2019 00:00

Tadeusz Mantey pragnie, by pamięć o Janie Pawle II trwała. Dlatego prosi kogo może, by w papieskie rocznice wywieszać biało-żółtą flagę. Sam modli się za przyczyną papieża z Polski. Nie na próżno.

75-latek zachęca wszystkich do publicznego okazywania wdzięczności naszemu świętemu. 75-latek zachęca wszystkich do publicznego okazywania wdzięczności naszemu świętemu.
Tomasz Gołąb /Foto Gość

O emerytowanym wojskowym z Gocławia pisaliśmy już w „Gościu Warszawskim”. Trzy lata po śmierci Jana Pawła II opowiadał o swojej radości po konklawe z 1978 r., o korespondencji z papieżem i o tym, że przez ten fakt mało nie wyleciał z wojska.

– Chodzicie do kościoła, syn nosi krzyż na procesji, nie rokujecie żadnych nadziei – usłyszał w połowie lat 80 XX wieku. Choć już we wczesnych latach 70. miał prawo obawiać się o swoją przyszłość, gdy na poligonie zgubił różaniec od matki chrzestnej, a potem wściekłemu sekretarzowi partyjnemu wyjaśniał, co dla niego znaczy 50 koralików zwieńczonych krzyżem.

Wchodząc do jednostki w Brzegu, pozdrawiał żołnierzy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, a 16 października 1978 r. zażartował, że komuniści będą musieli przerobić Pałac Kultury i Nauki na bazylikę. Nikt z wojskowych nie kojarzył nazwiska Wojtyły z wyjątkiem Tadeusza Manteya, który poznał kapłana pod koniec lat 50. XX wieku. 14-letni wówczas Tadek był zaproszony z ministrantami na imieniny metropolity poznańskiego. Wystawili jasełka, a on grał górala. Młodemu biskupowi Wojtyle tak się spodobali, że zaprosił ich później do Krakowa. Razem z żoną Marią kilka tygodni po konklawe wysłali do papieża list gratulacyjny, zapewniając o modlitwie w intencji długiego i owocnego pontyfikatu. Papież podziękował im osobiście podpisanym zdjęciem z błogosławieństwem.

Pan Tadeusz był na każdej z papieskich pielgrzymek do ojczyzny, a z podróży na 25-lecie jego pontyfikatu przywiózł cztery różańce. Gdy papież odchodził do domu Ojca w 2005 r., wziął te różańce do ręki i z ich koralików zrobił 180 „relikwii” papieskich. Rozdawał je później znajomym z prośbą, by modlili się za wstawiennictwem Jana Pawła II, który wtedy nie był jeszcze ogłoszonym nawet błogosławionym.

– Wiele osób modliło się do niego jak do świętego od razu po śmierci. Nie bez powodu na placu przed bazyliką stali ludzie z transparentami „Santo subito” – święty natychmiast – mówi Tadeusz Mantey.

Gdy otrzymał od zakonnicy chusteczkę używaną przez papieża, podzielił ją na drobne niteczki i przygotował obrazki z pamiątką, które rozdał setkom osób. Między innymi młodzieży, która przyjechała do Polski na ŚDM. Zależało mu, by Polacy nie zapomnieli o Janie Pawle II. Wiedział, że podczas jego pontyfikatu tylko w jednym sklepie sprzedano 1,5 miliona watykańskich flag. Prosił więc, by je wydobyć z szaf i wieszać w „papieskie” dni. 11 lat temu były to: dzień urodzin Karola Wojtyły – 18 maja, rocznica wyboru i inauguracji pontyfikatu –16 i 22 października, dzień zamachu – 13 maja oraz data narodzin dla nieba – 2 kwietnia. Dziś zachęca, by papieskie flagi wieszać także 1 maja – na rocznicę beatyfikacji i 27 kwietnia – kanonizacji.

– Wielu moich znajomych tak robi, bo przecież naszemu rodakowi, który prosił nas, by modlić się za niego za życia i po śmierci, jesteśmy winni wdzięczność i szacunek – podkreśla, dodając, że takie świadectwo jest potrzebne szczególnie dziś, gdy na Kościół i papieża wylewa się fala hejtu. Nieprzekonanych do tego motywuje świadectwem łask, których sam doświadczył za wstawiennictwem św. Jana Pawła II.

Pierwszy cud wydarzył się jeszcze przed beatyfikacją. Właśnie malował papieski portret (sam uczył się warsztatu, dziś w jego mieszkaniu wiszą 74 obrazy), gdy zadzwoniła bratowa z informacją, że jego brat znalazł się w szpitalu. Kardiologiczna operacja trwała 6 godzin. – Tyle samo błagałem papieża o jedno: by Kazik nie odszedł z tego świata niepojednany z Bogiem. Trzy razy go reanimowali. Bratowa, płacząc rano w słuchawkę, przytoczyła słowa lekarki, że musiał mieć dobre relacje z Opatrznością – opowiada.

Drugi raz to on płakał. 8 lat temu Maria Mantey trafiła na stół operacyjny. Zwykłe badanie skończyło się trzema operacjami ratującymi życie. Lekarz z OIOM-u po drugiej operacji stwierdził, że stan jest beznadziejny. Ale pocieszał, że cuda się zdarzają. Tadeusz Mantey znów modlił się całą noc. Wiedział, że Jan Paweł II skutecznie oręduje w niebie, a przecież minęło już pół roku od beatyfikacji. Gdy rano przyszedł do szpitala, lekarz kazał mu nagotować bulionu. Znaczyło to, że Maria będzie żyć! Dzień po jej wyjściu ze szpitala kard. Stanisław Dziwisz, choć bez związku z historią Manteyów, podjął decyzję o peregrynacji relikwii błogosławionego papieża. Na wszelki wypadek dokumentację medyczną Maria i Tadeusz wysłali do Krakowa.