To miejsce potrzebuje nas

Agata Ślusarczyk

|

Gość Warszawski 39/2019

dodane 26.09.2019 00:00

Władza wielokrotnie próbowała przepędzić zakonników z Zakroczymskiej. A oni z uporem powracali.

Klasztorne piwnice wciąż kryją szczątki zniszczonego podczas wojny kościoła. Klasztorne piwnice wciąż kryją szczątki zniszczonego podczas wojny kościoła.
Agata Ślusarczyk /Foto Gość

Cała historia naszej obecności na Nowym Mieście przeplatana jest wygnaniami i powrotami – zaczyna opowieść o. Marek Sykuła, franciszkanin.

Wypędzenia i powroty

Dzieje franciszkanów w stolicy zaczynają się od… muzycznej pasji.

Król Władysław IV, by zatrzymać na swoim dworze kapelmistrza i spowiednika o. Wincentego Scapita de Valentia, w uznaniu jego zasług zezwolił na powstanie franciszkańskiego klasztoru. W 1646 r. przy Trakcie Zakroczymskim powstał niewielki drewniany kościół pod wezwaniem św. Franciszka Serafickiego. W stolicy rezydował ówczesna elita franciszkańskiego zakonu – kaznodzieje, królewscy spowiednicy, kapelmistrzowie. – Podczas potopu szwedzkiego, kiedy miasto było okupowane przez protestantów, jeden z mieszczan zwany „kapelusznikiem”, chcąc nas przepędzić, podpalił świątynię – wyjaśnia franciszkanin.

Po raz drugi zakonników z Zakroczymskiej chciała przepędzić natura. W 1708 r. miasto zdziesiątkowała zaraza. W klasztorze został tylko jeden zakonnik. – Nasza obecność na Nowym Mieści znów zawisła na włosku – mówi o. M. Sykuła. Trzecią próbę wypędzenia franciszkanów podjęli pruscy zaborcy. Ostatecznie udał się to carowi, który po powstaniu styczniowym zmusił zakonników do opuszczenia Warszawy na 50 lat.

Opuszczony kościół został przeznaczony na świątynię garnizonową dla katolików służących w armii carskiej, a następnie sprzedany na świeckie cele. Dopiero w 1919 r. na zaproszenie abp. Aleksandra Kakowskiego franciszkanie powrócili do stolicy.

Msza św. na zgliszczach

Czas międzywojnia to niełatwy proces odzyskiwania zakonnego mienia i powrotu do otwartego duszpasterstwa. Reaktywowany został Trzeci Zakon Franciszkański, męski chór „Lutnia” i Bractwo św. Antoniego. Z ogromnym zapałem przystąpiono też do rewitalizacji kościoła – zainwestowano w elektryczne ogrzewanie, duże organy i rzeźbione konfesjonały. – Zakroczymska stała się na nowo centrum duchowym stolicy – mówi franciszkanin.

W czasie Powstania Warszawskiego kościół i klasztor były miejscem schronienia dla setek uchodźców. Zakonnicy czynnie angażowali się w pomoc duchową i materialną cywilom i powstańcom. Prowadzili kuchnię polową i punkt opatrunkowy. Niemieccy okupanci znów chccieli przesiedlić franciszkanów – ta część miasta miała być przeznaczona na getto. Ostatecznie jego granice kończą się na linii kościoła, a o dawnych dziejach świadczy m.in. stalowy ślad na ulicy i chodniku, przylegających do muru kościoła.

W czasie wojny kościół był zrujnowany, ale dość szybko podnosił się z wojennych zniszczeń. Już 21 stycznia 1945 r. na gruzach, przy ocalałym ołtarzu św. Antoniego odprawiona została pierwsza w lewobrzeżnej Warszawie Msza św. Po trzech latach odbudowano bryłę świątyni i małymi krokami wnętrze. Doszczętnie zniszczony ołtarz główny odrestaurowany został dopiero w 1983 r.

Modlitewna cisza

– Te wypędzenia i powroty mówią o przywiązaniu do tego miejsca i poczuciu misji. My potrzebujemy tego miejsca, a ono nas – mówi franciszkanin. Jedną z potrzeb, jaką przez lata obecności odkrywają tu zakonnicy, jest potrzeba konfesjonału i adoracji Najświętszego Sakramentu. Codziennie od godz. 15 do 19 zakonnicy mają dyżur w konfesjonale, a w kaplicy wystawiona jest monstrancja z Najświętszym Sakramentem. – Z roku na rok jest coraz więcej spowiedzi, szczególnie męskich. To, że kościół ten jest cześciej odwiedzany przez mężczyzn, widać także w statystykach –to blisko połowa uczestników Mszy św. – mówi. I dodaje: – Systematycznie wzrasta także liczba osób, które przystępują do Komunii św., wiele osób zna tę świątynię także jako sanktuarium św. Antoniego i przychodzi tu modlić się za jego przyczyną.

Zdaniem franciszkanina to, co przyciąga wiernych do kościoła, jest modlitewna cisza. – Dbamy o to, by zachować ten modlitewny klimat. Wiele osób przychodzi tu, by się wyciszyć, pobyć w obecności Boga – mówi o. Sykuła. W środowisku muzycznym znana jest dobra akustyka kościoła. W czasie wakacji odbywają się w nim koncerty muzyki organowej. – Muzyka to nasz sposób na ewangelizację, dotarcie do ludzi, którzy nie przyjdą na niedzielną Mszę św. Piękno i harmonia to „duchowość ukryta w nutach”, która ma swoje sposoby dotarcia do serca człowieka – mówi. I dodaje: – Wielu uczestników koncertów widzimy później w kościelnych ławkach i grupach modlitewnych działających przy naszej parafii.

Tagi: