Tata z Oświęcimia

Tomasz Gołąb

|

Gość Warszawski 31/2020

publikacja 30.07.2020 00:00

Jej życie rozpoczęło się od… wojny. Nie miała nawet roku, gdy jej ojciec Zygmunt trafił do Auschwitz. To była pierwsza wielka łapanka i pierwszy transport warszawiaków do obozu śmierci.

Małgorzata Bonik-Polak dopiero po wizycie w miejscu kaźni swojego ojca odzyskała pokój serca. Małgorzata Bonik-Polak dopiero po wizycie w miejscu kaźni swojego ojca odzyskała pokój serca.
Tomasz Gołąb

Najwcześniejsze wspomnienie? Rotunda z okienkami pod samym dachem w kościele. Pokazujemy jej zdjęcie zburzonego w 1944 r. kościoła Matki Bożej Częstochowskiej przy ul. Łazienkowskiej.

– To właśnie to! – wykrzykuje zaskoczona. Czy możliwe, żeby w pamięci na tyle lat zapisała się chwila własnego chrztu? Małgorzata Bonik-Polak została ochrzczona dzień przed wybuchem II wojny światowej. Dom rodzinny stał blisko miejsca męczeńskiej śmierci ks. Józefa Stanka. Tam, gdzie teraz stoi pomnik Saperów. Bohaterski pallotyn był kapelanem batalionu „Kryska”, w którym sanitariuszką była jej ciocia Bolesława. Przeżyła powstanie z uszkodzonym odłamkiem kolanem, zmarła w 1989 r., w wieku 80 lat. Ale historia przeczołgała całą rodzinę. Stryj Józef Bonik zginął w Charkowie. Jego żona Helena Owczaruk, z którą poznał się w Grodnie, zwabiona kłamliwym listem obiecującym wolność jej mężowi, została zastrzelona, gdy próbowała przedrzeć się bliżej ukochanego.

Hulajnoga za szafą

Ojciec urodę miał włoską. Kręcone włosy odziedziczył zapewne po przodkach z Mediolanu, choć urodził się w Milanowie na Podlasiu. Miał trzy siostry i brata. Zygmunt (tak wszyscy go nazywali, choć w metryce zapisane miał Władysław) urodził się jako piąty. Jego najstarsza siostra Janina zginęła, gdy w dom w Aninie trafiła bomba. Był 3 sierpnia 1944 roku. Dokładnie rok później, już po wojnie, zginął też syn cioci Janiny, rozerwany przez minę w lesie. To jej mąż podawał Małgorzatę do chrztu w kościele przy ul. Łazienkowskiej. Tyle osób zmarło w krótkim czasie… Tyle okropieństw działo się dookoła, a mimo to Małgorzata Bonik-Polak nie widziała ani jednego zabitego czy rannego. Bóg oszczędził dziecku widoku okropieństw barbarzyńskiej wojny.

– Pamiętam mój pokój na trzecim piętrze, wiklinowy kosz na zabawki, kilim, tapczan. Przed oczami mam babcię z dziadkiem, ciocię i przyjaciółkę, którzy mieszkali tam w dwóch pokojach z kuchnią i przedpokojem. Ale też pamiętam jak dziś moją hulajnogę, którą po runięciu jednej ze ścian z ulicy widać było, jak zwisała za szafą. To była ul. Mączna 4, mieszkania 26.

Mama z tatą byli księgowymi. Ale tata w czasie wojny zajął się szkleniem okien. Za każdym razem, gdy zbliżało się bombardowanie, mama znosiła w kołdrze małą Małgosię do piwnicy. Do dziś pamięta chwile, gdy wpatrując się w oczy matki, upewniała się: „Mamusiu, ale ty mnie nie zostawisz na górze?”.

Rikszę oddali, męża nie

Ojca zgarnęli podczas pierwszej dużej łapanki, którą Niemcy przeprowadzili 12 sierpnia 1940 roku. Szukali głównie młodych mężczyzn, którzy nadawali się do pracy. Zgarniano gazeciarzy i inteligentów. Dozorcę z miotłą i listonosza z torbą. Fryzjerów i ich klientów. Tych pieszo i tych w tramwajach. Każdego, nie pomagały żadne przepustki i zaświadczenia. Zygmunt Bonik jechał rikszą, którą kupił razem z przyjacielem. Wjechał prosto w łapy Niemców. Rikszę wzięli do depozytu i po jakimś czasie zwrócili mamie. Ale ojca i męża już nie oddali.

Zygmunt i Natalia pobrali się 8 marca 1938 roku. Długo nie nacieszyli się małżeństwem. Mama była dzielna. Podobno to ona po awanturze wywalczyła zwrot rikszy. Jeszcze mocniej pewnie walczyła więc o męża. Psychicznie była silna jak czołg. Musiała.

Wiedziała, że Zygmunt jest w Auschwitz. Kilka listów, które dostała od niego, przechowywała jak relikwie. Niemiecki porządek (a może perfidia?) polegał na tym, że do domu przysłali potem łachmany po zmarłym. Razem z nimi sczerniały medalik i ryngraf Matki Bożej.

Pod Twoją obronę…

W tej samej łapance 12 sierpnia 1940 r. wpadł Bronisław Woźniak, przyjaciel Zygmunta. Jemu udało się jednak przeżyć obóz, w którym spotkali się przypadkiem. Stąd rodzina Boników wie, co działo się w Auschwitz. Obaj przysięgli sobie w obozowym „szpitalu”, że gdy któryś przeżyje, zaopiekuje się rodziną drugiego. Córka Woźniaka Maria do dziś jest dla Małgorzaty jak siostra.

Domyślili się, że wiozą ich do Oświęcimia, gdy wieczorem 14 sierpnia zauważyli w oddali wieżę sanktuarium jasnogórskiego. W bydlęcych, zapieczętowanych wagonach dotarli rankiem na peron z napisem: „Auschwitz”. „Witali” ich SS-mani z wilczurami. „Raus, schnell!” – z wrzaskiem gnali ich aż do bramy z szyderczym napisem: „Arbeit macht frei”. Początkowo nie pracowali. Niemcy chcieli ich złamać – kazali biegać do upadłego w kolumnach, skakać żabką. To wtedy warszawskie rodziny otrzymały mnóstwo zawiadomień o zgonach.

Cicha noc, święta noc

Polacy byli pierwszymi więźniami obozu. Jeszcze w czerwcu 1940 r. trafił tu pierwszy transport – z Tarnowa. Zygmunt przyjechał z adwokatami, lekarzami, harcerzami, kapłanami w pierwszym transporcie z Warszawy 15 sierpnia 1940 roku. Przydzielono go do bloku ósmego. Do października 1941 r. Polacy byli jedynymi więźniami i ofiarami obozu. Dopiero od 1942 r. KL Auschwitz stał się też miejscem zagłady Żydów. Nazwisko ojca Małgorzaty Bonik-Polak znajduje się w trzytomowej Księdze Pamięci, która zawiera prawie 26 tys. wpisów dotyczących losu warszawiaków, deportowanych do obozu poprzez więzienie na Pawiaku i później, przez obóz przejściowy w Pruszkowie. Zygmunt (Władysław) Bonik otrzymał numer 2870. Ostatni list wysłał 19 stycznia 1941 roku. Dziękował za paczkę, którą otrzymał na Boże Narodzenie. Zmarł 28 stycznia. – Wiele razy wyobrażałam sobie, jak wyglądało jego ostatnie Boże Narodzenie: opłatek z chleba, śpiewane półgłosem kolędy… Miał 28 lat – wspomina córka.

Ale karabiny były polskie

Pamięta jedną z podróży pociągiem w czasie wojny. Już wiedziała, że tata nie żyje, choć miała może 3 lata. W ładnej sukience, z kokardą na loczkach, wzruszyła jakiegoś Niemca tak, że podarował jej czekoladę i pogłaskał po buzi. Mała uchyliła się: „Bzydki pan, tatusia zabił, a za buzię bierze”. Na Powiślu mieszkała z mamą i dziadkami do lipca 1944 roku. W ich kamienicy mieszkało sporo volksdeutschów. Na podwórku dzieci niemieckie i polskie bawiły się razem. Mama miała nawet pretensje: „Małgosiu, ty się bawisz z nimi w wojnę!”. „Tak, mamo, ale karabiny były polskie!” – odpowiadała rezolutnie czterolatka. Małgosia była ciekawa, co to za tajne spotkania odbywają się w mieszkaniu. Z nosem w przeszklonych drzwiach usiłowała podsłuchiwać, co planuje zgrupowanie „Kryska”, w którym służyła jako sanitariuszka jej ciotka i chrzestna matka Bolesława.

Najdłuższe kolonie świata

Starsza siostra mamy Kazimiera mieszkała w pobliżu, przy ul. Górnośląskiej. Już przed wojną była we władzach harcerstwa. W lipcu 1944 r. zebrała gromadkę dzieci w wieku od 7 do 14 lat i zorganizowała im kolonie w podwarszawskiej Wildze. Małgosia pojechała z nimi. Po 1 sierpnia stało się jasne, że to będą najdłuższe kolonie w jej życiu. Z mamą, posiwiałą z nerwów, odnalazły się dopiero dzięki Czerwonemu Krzyżowi, w kwietniu 1945 roku. Wyjeżdżała ze stolicy niezniszczonej, a wracała do ruin.

Wcześniej jednak nabawiła się zapalenia opłucnej. Mama nie chciała oddać jej do szpitala. Leżała 3 miesiące w łóżku. Tak, że musiała później na nowo uczyć się chodzić. Za to szybko nauczyła się czytać. „Polskie flagi załopotały nad Berlinem” – to było pierwsze zdanie, jakie odczytała z gazety samodzielnie. Do szkoły, od razu do drugiej klasy, poszła w Zakopanem, gdzie pojechały podreperować zdrowie. Mama dostała tam pracę kierowniczki domu wypoczynkowego.

Poczułam jego obecność

Gdy w 1952 r. wróciły do Warszawy, po stolicy, zamiast autobusów, jeździły jeszcze ciężarówki. Zamieszkały na Bielanach, w mieszkaniu przy ul. Płatniczej, które wynajęła ciotka sanitariuszka z dziadkami. Potem mieszkała w nim Krystyna Sienkiewicz. Mama Natalia (bliscy mówili jej „Hanka”) musiała zastąpić Małgosi także ojca. – Była jak pasterz. Potem to ja opiekowałam się nią i dwiema ciotkami – wspomina. – Mama zawsze mówiła, że ojciec się nami opiekuje. Ja tych cudów doświadczam w każdej chwili, podobnie jak opieki św. Maksymiliana – zapewnia M. Bonik-Polak.

– Mama na słowo „Oświęcim” wyłączała radio, ale gdy zmarła we wrześniu 1996 r., poczułam, że muszę miejsce śmierci ojca odwiedzić. Pojechałam do Auschwitz z krzyżem i telegramem o jego śmierci – opowiada. Dopiero w Oświęcimiu, w bloku ósmym, gdzie więziono Zygmunta Bonika, odzyskała spokój ducha i przekonanie o bliskości taty. – Poczułam jego obecność. A miłość do niego przelała się na wszystkie ofiary obozu – mówi. To dlatego przez kilka lat była sekretarzem Stowarzyszenia „Maximilian-Kolbe-Werk” opiekującego się byłymi więźniami.

Przez wiele lat jeździła też z ocalałymi w kolejne rocznice wyzwolenia obozu 27 stycznia. Dla nich były to rocznice ocalenia, dla niej – kolejne rocznice śmierci ojca. W obozie otrzymała też prochy w woreczku. Złożyła je w drewnianym kielichu i w 1997 r. pochowała na cmentarzu na Wawrzyszewie. Szczęśliwa, że miała takiego ojca.