• facebook
  • rss
  • Oliwka i inne cuda

    Tomasz Gołąb


    |

    Gość Warszawski 24/2014

    dodane 12.06.2014 00:00

    Świadectwo. – Moje nóżki już się wyspały? A kiedy wstaną? – pyta czule 3,5-letnia córeczka, całując rankiem stopy mamy, sparaliżowanej od maja 2010 r.


    Magda, przeuroczo roześmiana 28-latka, umierała już dwa razy.
– Tu już nie ma żadnych szans – rozkładali ręce lekarze. – Przecież mają państwo jeszcze czwórkę dzieci w domu – usłyszeli w Szpitalu Bielańskim jej rodzice. A tu przecież chodziło nie tylko o jej życie, ale też o życie córeczki, która od kilku miesięcy rozwijała się pod jej sercem. Małgorzata i Andrzej nie chcieli się pogodzić z myślą, że Magda może odejść. A wraz z nią – nienarodzona Oliwka.


    Pierwszy cud


    Ma 3,5 roczku. Biega, śmieje się, przekomarza... A wieczorem tonem nieznoszącym sprzeciwu przypomina wszystkim o modlitwie. I nikogo w niej nie pomija. Ale nie jest jedynym cudem w życiu sparaliżowanej mamy, choć przecież najważniejszym. Bo kiedy w 2006 roku Magda usłyszała diagnozę, że choruje na stwardnienie rozsiane, ginekolog potwierdził, że dzieci może się nie spodziewać. Trzy lata później wyszła jednak za mąż. Modliła się gorąco i cud się stał.
Teraz Oliwka jest najsłodszym skarbem sparaliżowanej mamy, która każdego dnia walczy, żeby odzyskać sprawność. Gdy przychodzi słabsza chwila, gdy Magda mówi, że już nie ma siły walczyć lub wykonać kolejnego ćwiczenia, patrzy na Oliwkę. I nie potrafi już tego powiedzieć. – Mamo, jakbyś czegoś potrzebowała, to mnie szybko obudź – mówi dziewczynka, układając się do snu.


    Proszę wybrać, gdzie Magda umrze


    Prawie równocześnie z poczęciem pojawiły się rzuty choroby. W sumie w czasie ciąży Magda przeżyła ich aż pięć. Stopniowo traciła czucie w kończynach, przestawała widzieć, miała problemy z przełykaniem, zaczęły się kłopoty z oddychaniem. W maju trafiła do Szpitala Bielańskiego. Stan był bardzo ciężki. Neurolog wycofał się z podawania wcześniej ustalonych kolejnych dawek plazmaferezy. W tym czasie stan zdrowia zaczął się znowu pogarszać. Lekarz stwierdził, że nie ma żadnych szans na przeżycie i kazał zabrać Magdę do domu.
W szpitalu mama Magdy spotkała jednak „anioła”. Chodził w białym kitlu, pomagał przewozić Magdę na badania. I widział rozpacz pani Małgorzaty, która domagała się, by lekarze ją ratowali. Mówił coś o zaufaniu Maryi, ale ona krzyczała: „Tyle się już modlę, i nic!”... – Chcę pani coś podarować – powiedział „anioł”, wręczając za chwilę tekst Nowenny Pompejańskiej. – Proszę to odmawiać. Jeśli nie pomoże, jeśli Magda się nie ocknie, to ja wyjdę z zakonu – usłyszała. Dopiero wówczas zdradził, że jest kamilianinem. Próbowała go później odszukać, już bezskutecznie. „A kimże ja jestem, by walczyć z Panem Bogiem i z jego powołaniem?” – pomyślała i zabrała wraz z mężem córkę ze szpitala.
Kamilianin ostrzegał, że to modlitwa wymagająca i będą mieli wiele pokus, by ją porzucić. I znowu Bóg zesłał „anioła”, który pomógł załatwić miejsce w szpitalu na ul. Wołoskiej. Było bardzo źle. Magda nie potrafiła już przełknąć nawet zmiksowanych truskawek. Odwodniona i niedożywiona trafiła w ręce kolejnych aniołów: lekarki, która zdecydowała o podaniu Magdzie sandoglobulin – białka pozyskiwanego z osocza, i tych, którzy jej rodzicom pomagali przeżyć najtrudniejsze chwile. Nieprzytomna, sparaliżowana córka nosiła przecież pod sercem wnuczkę.
Dwa dni później Magda się ocknęła. Co pomogło? Nowenna Pompejańska czy sandoglobuliny? – Mój mąż nie miałby kłopotów z odpowiedzią – mówi pani Małgorzata.


    Serce jak dzwon


    Wiara pana Andrzeja nieraz robiła na niej wrażenie. Nigdy nie zapomni widoku męża, klęczącego w środku nocy, który przez cały czas trwał w modlitwie. Podobnie jak jego prośby wobec lekarza, by dał szansę żyć innemu ich dziecku, Maćkowi. Pani Małgorzata była już wówczas przygotowana do przerwania ciąży, bo lekarz stwierdził, że serce dziecka nie bije. „Boże, Ty podniosłeś z grobu Łazarza. Wiesz, że byłem Ci wierny. Proszę Cię ten jeden raz: ocal to dziecko” – modlił się. Doktor powiedział, że takiego wariata jeszcze nie widział, ale wezwał koleżankę, by przyjechała zrobić jeszcze raz badanie. „Serce bije jak dzwon” – oznajmiła zdumionemu konsylium. – Dziś wiem, że wiara czyni cuda – mówi pani Małgorzata, przekonana, że Bóg pokazał swoją moc, wskrzeszając Maćka.
Jej mąż zaczął wtedy chodzić na katechezy neokatechumenalne do kościoła św. Zygmunta, wkrótce przekonując do tego też Małgorzatę. Kilka lat później do wspólnoty przystąpiła również Magda. Nowennie Pompejańskiej są wierni do dziś.


    Gdzie jest to Źródło?


    Dawny proboszcz parafii przy pl. Konfederacji ks. Kazimierz Kalinowski przyjeżdża do Magdy na każdą prośbę. – W Kościele spotkałam wielu przyjaciół, którym mogę ufać. Bez nich nie mogłabym dźwigać krzyża – mówi Magda.
– Jej uśmiech i pokój serca stały się dla wielu osób, także dla mnie, wezwaniem do poważnej rewizji przekonań, że warunkiem przeżywania własnego szczęścia są przynajmniej zdrowe nogi. Magda – młoda, piękna, nie ma zdrowych nóg, a jest uśmiechnięta i pełna pokoju. Gdzie jest to Źródło, z którego czerpie...? – mówi ks. Kalinowski, spowiednik Magdy i przyjaciel rodziny. A ona odpowiada: – Najważniejsze, jak podchodzimy do życia, gdzie szukamy pomocy i ratunku. Ja odnajduję go w rodzinie, pomocy przyjaciół, modlitwie i w Kościele. Stanąć o własnych siłach – dosłownie i w przenośni – sama nie dam rady – mówi Magda.
Mówi, że czuje się prowadzona przez Boga. Tylko skąd On wiedział, że będzie miała siłę udźwignąć taki krzyż? – To, co się dzieje, jest dla mnie dobre. Nieważne moje zachcianki. Bo gdyby nie ta choroba, mogłabym być daleko od Kościoła. Dzięki niej otworzyłam się na Boże Miłosierdzie. Teraz potrzebuję jedynie wierności i zaufania – mówi. Czy zdarzają się chwile buntu, słabości? – Przecież nawet Jezus w Ogrodzie Oliwnym modlił się, by Ojciec oddalił od niego ten kielich. Ale wtedy zaczynam się modlić i proszę o wiarę, której mi cały czas brakuje. Doświadczyłam wystarczająco wielu cudów...
Z niesamowitą pokorą, z różańcem w ręku Magda przyjmuje najtrudniejsze wiadomości. Również prośby od innych o modlitwę. Choroba przerwała jej studia psychologiczne na SWPS. Zdążyła zaliczyć zimowy semestr i napisać pracę magisterską. Z łatwością by ją obroniła. – Pisałam o wpływie czynników psychologicznych na jakość życia osób przewlekle chorych na stwardnienie rozsiane. Badałam dużą grupę osób zdrowych, umiarkowanie i znacznie chorych. I okazało się, że choroba nie wpływa na różnice w ocenie jakości swojego życia – mówi Magda. To ważne, bo w jakimś stopniu tłumaczy też optymizm... nie, raczej radość, którą słychać niemal w każdym jej słowie. Mimo że dwa razy wyrywano ją śmierci i że każdego dnia musi walczyć o swoją sprawność.


    Wezmę mamę na spacer


    Wraca Oliwka. W przedszkolu mówią, że takiego dziecka chyba jeszcze nie mieli. Żadnych problemów. Wpada do pokoju i pędzi do mamy. Choć urodziła się z 1 punktem w skali Apgar, to dziś jest zdrowym, prawidłowo rozwiniętym dzieckiem. Bardzo radosnym i pełnym energii. A przy tym bardzo opiekuńczym. – Wiele razy mi mówi, że już niedługo wezmę ją za rączkę i pójdziemy na spacer. Że pomoże mi iść – mówi Magda.
Modli się o to wiele osób. A postępy w rehabilitacji widać gołym okiem. – To tylko tak się wydaje, że to łatwe. Ale tam stwardnienie rozsiane trwale uszkadza połączenia nerwowe. Magda musiała uczyć się wszystkiego od początku, najdrobniejszego ruchu, zgięcia palca, potem dwóch, zaciśnięcia, chwytu. Po raz pierwszy mogła przytulić Oliwkę dopiero trzy miesiące po porodzie. Dziś samodzielnie je, mówi, może objąć córeczkę, podciągnąć się na łóżku, korzystać z pionizatora i coraz dłużej siedzieć na wózku inwalidzkim bez zapięcia. Na święta wypisuje kartki, drżącym, koronkowym pismem, ale osobiście. Maleńkie sukcesy zajmowały tygodnie i miesiące. Były to setki godzin pracy: jej i terapeutów, logopedów i rehabilitantów – mówi mama Magdy.


    Pieniądze wymyślił Bóg, żeby...


    Wystarczy jednak, żeby zabrakło pieniędzy na zabiegi, by stan Magdy szybko się pogorszył. Tak było pod koniec ubiegłego roku, gdy w budżecie domowym, zwykle kruchym, pojawiła się dziura nie do zasypania. Rodzice Magdy zastanawiali się nawet, jak urządzić wigilię. Miesięczna dawka leków Magdy kosztuje 8 tysięcy, nie licząc innych wydatków. Pani Małgorzata do pracy wrócić nie może, chociaż czwórka rodzeństwa Magdy już podrosła. Sparaliżowanej nie można przecież zostawić samej. NFZ finansuje 80 godzin rehabilitacji. Dobre i to, ale rocznie potrzeba kilka razy więcej. Leki trzeba opłacić samemu.
W domu na Bielanach, w którym mieszka cała rodzina, wiary jednak nie brakuje. Choć faktur do zapłacenia wciąż przybywa. To dlatego po raz drugi przyjaciele Magdy i ci, których oczarowała swoją wiarą i optymizmem, organizują aukcję ikon i koncert charytatywny zespołu Consort Viol, z których dochód zasili fundusz jej rehabilitacji. 25 ikon oraz mandylion ofiarowali poruszeni jej historią uczestnicy warsztatów ikonograficznych „Droga do Piękna”. – Ikona przynosi ze sobą błogosławieństwo. Mam nadzieję, że ten, kto otrzyma ikonę, doświadczy tego, jak piękne rzeczy czyni w naszym życiu Pan Bóg – podkreśla jedna z autorek Magdalena Sitarczuk. – Mam nadzieję, że te ikony znajdą wspaniałe domy. Już nie mogę doczekać się tego koncertu – mówi Magda.


    Możesz pomóc


    Aukcja ikon oraz koncert odbędą się 22 czerwca o godz. 17 w parafii MB Królowej Aniołów na Bemowie (ul. ks. Markiewicza 1). Wystawa przedaukcyjna w „Galerii Anielskiej” (w domu parafialnym) 15 czerwca w godz. 9–21 oraz 22 czerwca w godz. 9–15. Wsparcie na leczenie można także przekazać za pośrednictwem Fundacji Pomocy Bliźniemu „Credo”, 
01-833 Warszawa, ul. Daniłowskiego 64.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół