• facebook
  • rss
  • Artystyczne wyzwanie

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 08/2016

    dodane 18.02.2016 00:00

    Czy w rozkiełznanych uciechach, jakie proponuje Berlin uda się zagłuszyć uczucie pustki i strachu?

    Któż z nas nie ulegnie temu szaleństwu? Kto nie podda się pokusom, jakie oferuje przedwojenny Berlin – miasto, które obala wszelkie tabu, i w którym można się zatracić w rozpuście? Zwłaszcza, że gardłowy tembr głosu mistrza ceremonii zniewala i rozgrzesza… Gdybyśmy nie znali historii! W tym nasza przewaga nad bohaterami musicalu „Cabaret”. Oni temu szaleństwu ulegają. Przebudzenie będzie jednak bolesne.

    W roztańczonych tingel-tanglach, w rozkiełznanej atmosferze berlińskich kabaretów, gdzie zatraca się granice płci, gdzie gubi się poczucie czasu, gdzie umiera się z rozkoszy lub z przepicia. A nad tym wszystkim swawolne gesty i słowa mistrza ceremonii, pełne erotycznej perswazji: „bo życie kabaretem jest/i tak je trzeba brać”. Mamy wszyscy w pamięci nagrodzony Oskarem film Boba Fossa z cudowną Lizą Minnelli. Gdy przypomnimy sobie frazy niegdysiejszego mistrza ceremonii Joela Graya, zrozumiemy jak wielkim wyzwaniem było wystawienie „Cabaretu” na deskach Teatru Dramatycznego. Tego wyzwania podjęła się utalentowana reżyserka Ewelina Pietrowiak, i o dziwo odniosła sukces. Spektakl kipi energią, w szalonym, dusznym rytmie zatraca się poczucie rzeczywistości i na scenie, i na widowni. Nieprzyzwoite gesty wydają się jakąś grą na niby, a że niektórzy zapłacą za to najwyższą cenę? Cóż… Sami w tę grę weszli. Na tym tle rozgrywa się romans amerykańskiego intelektualisty i beztroskiej szansonistki, która pragnie miłości, ale nie jest skłonna zapłacić za nią zbyt wiele. W tych cielesnych uciechach zapomina się o wewnętrznej pustce, a nade wszystko o pojawiającym się w tyle głowy strachu. Więc dalej, dalej, dalej… Poczciwy Żyd, już nie ułoży sobie życia z przyjaciółką Fraulein Schneider. Fraulein Kost, nazistka (świetna Magdalena Smalara), postara się o to. Spektakl balansuje na granicy zawrotnego szaleństwa i grozy, która wyłania się zza każdego rogu, gdzie stoją grupy uzbrojonych po zęby policjantów. Jak pisze krytyk: na aksamitnych plecach pięknych dam zakwitły pręgi bicza. Koncertowa rola mistrza ceremonii Krzysztofa Szczepaniaka pokazuje, jak ten młody aktor rozwija się ze spektaklu na spektakl. Pewien niedosyt pozostawia kreacja Sally Anny Gorajskiej. Brakuje jej wnętrza, które usprawiedliwiałoby fascynację Cliffa. Cały zespół, muzycznie i wokalnie, staje na wysokości zadania, często w rolach odległych od ich scenicznego emploi (choćby Waldemar Barwiński), w czym niemała zasługa choreografa Artura Żymełki. W swych prowokacjach nie przekracza granicy cudzysłowu, choć wydawałoby się, że aktorzy idą „na całość”. A czy my zafascynowani pseudowolnością i złotym cielcem „Money, money” próbujemy zachować miarę naszego pożądania?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół