• facebook
  • rss
  • Pastorałka o oślich jękach

    Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 01/2017

    dodane 05.01.2017 00:00

    Jaś wyciągnął wtyczkę, Jurek zapomniał tekstu, a Zosi właśnie zachciało się spać. To nie filharmonia, ale wielorodzinne kolędowanie.

    Siedzicie tu sobie, słuchając muzyki, podczas gdy w stajence słychać ośle ryki – nucili przy wigilijnym stole najmłodsi członkowie zespołu Rockolędy. I nie mogą się już doczekać, kiedy o tym, co działo się w betlejemskiej stajence zaśpiewają szerszej publiczności. 6 stycznia w parafii św. Franciszka z Asyżu (ul. Hynka 4A) o godz. 19 odbywa się nietypowe kolędowanie. Nietypowe, bo już po raz siódmy wielodzietne rodziny spotykają się, by wspólnie koncertować. I dawać świadectwo, że dużo dzieci to dużo radości.

    W kościele, teatrze i na orszaku

    Pomysł na rockowo-kolędowy zespół narodził się zupełnie przypadkiem. – Tradycyjnie spotkaliśmy się w gronie kilku rodzin w Boże Narodzenie na wspólnym muzykowaniu. Pewnego razu pomyśleliśmy, że kolędowanie można zorganizować w szerszym gronie. I zaprosiliśmy znajomych – mówi Wojciech Krypiak, tata czwórki dzieci, jeden z założycieli zespołu. W szkole sióstr felicjanek na Marysinie wynajęli salę, zorganizowali rzutnik. Ktoś przywiózł bas i kilka instrumentów. Przyszło ponad 40 osób. Zaczęli improwizować i tworzyć nowe aranżacje znanych kolęd. Wyszło całkiem ciekawie i oryginalnie. Za rok zagrali już pierwszy koncert. – Choć gramy na perkusji, puzonach, gitarach czy skrzypcach, większość z nas nie jest zawodowymi muzykami. Za to wiele naszych dzieci uczy się w szkołach muzycznych. Dla nich scena to wielkie wyzwanie i szansa, by rozwinąć swój talent – tłumaczy W. Krypiak. Z domowego kolędowana trzech rodzin: Krześniaków, Krypiaków i Suchorabów, w 2010 r. narodził się zespół Rockolędy. W ciągu siedmiu lat rodziny stały się rozpoznawalną kapelą, zagrały w wielu stołecznych kościołach, koncerty odbyły się także w Katolickim Centrum Kultury Dobre Miejsce i miejskich domach kultury. – Nowym doświadczeniem był występ na profesjonalnej scenie w Teatrze Buffo, a także kolędowanie podczas Orszaku Trzech Króli po obydwu stronach Wisły. Graliśmy również charytatywnie – mówi W. Krypiak. – Udało nam się także wydać płytę z kolędami.

    Wielodzietny znak

    Do koncertu pozostało już niewiele czasu. Zebrać ponad 50-osobowy zespół z różnych zakątków Warszawy to nie lada wyzwanie. Praca, domowe obowiązki, zajęcia dodatkowe... – Maluchy wytrzymują najkrócej, dlatego próbę zaczynamy od nich. Najbardziej wytrwali zostają nieraz do północy, niekiedy w weekendy. W zespole jest ponad 27 dzieci w różnym wieku – mówi Piotr Krześniak, menadżer zespołu, tata szóstki dzieci. Co roku muzycy amatorzy oprócz nowych aranżacji przygotowują także autorskie kolędy. Na swoim koncie mają już trzy takie utwory. – Staramy się zaskakiwać publiczność. Tegoroczną nowością będzie pastorałka „Ośle jęki”. 10-zwrotkowy utwór w humorystyczny sposób opowiada o tym, co wydarzyło się w Betlejem – mówi z kolei W. Krypiak. Pierwsza autorska „Kolęda kryzysowa” – wymyślona w autobusie w drodze do pracy – okazała się hitem i to nie tylko radiowym. Słów o tym, żeby się nie lękać, kiedy przychodzą trudności, słuchają młodzi na sesjach terapeutycznych i osoby w ośrodkach pomocy społecznej. A utwór „Ojca Syna Blues”, napisany na podstawie tekstów Karola Wojtyły, sprawia, że niektórym na widowni potrafi zakręcić się łezka w oku. – Ludzie przychodzą nas posłuchać nie tylko dlatego, że gramy kolędy w aranżacjach rockowych, hawajskich czy flamenco. Ale także, żeby doświadczyć tego, że rodzina w dzisiejszych czasach może być razem i razem coś dobrego robić. Jesteśmy dla wielu ludzi pozytywnym przykładem – mówi. W przerwach między kolędami puszczane są filmiki z udziałem najmłodszych pociech. Gdzie jest Betlejem, jak na nazwisko miała Maryja, co to znaczy, że moc truchleje i o której godzinie narodził się Jezus? – to tylko niektóre trudne pytania, na jakie udzielają proste odpowiedzi dzieci. Na scenie zwykle panuje twórcze zamieszanie. – Przy takiej liczbie dzieci nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć; zdarza się, że któryś z maluchów niechcący wyciągnie wtyczkę czy zapomni tekstu. To nie filharmonia przecież, tylko rodzina – śmieje się W. Krypiak. – Dla mnie to szkoła cierpliwości i miłości. I niesamowita frajda, że możemy robić coś razem. Zawsze podczas koncertu mam taką nadzieję, że publiczność bawiła się tak dobrze jak my.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół