• facebook
  • rss
  • W grobowcu składali czcionki

    Joanna Jureczko-Wilk

    |

    Gość Warszawski 34/2017

    dodane 24.08.2017 00:00

    Hitlerowcy nie potrafili jej zlokalizować. Kto mógł się domyślić, że konspiracyjne pisma i biuletyny wychodziły... z grobów?

    Maszyny drukarskie na cmentarz przyjechały z Niepokalanowa, od o. Maksymiliana Kolbego. Do Zawad, położonych na skraju Puszczy Kampinoskiej, wiedzie przepiękna lipowa aleja. Oko na nią ma św. Roch, któremu pod koniec XIX w. wystawiono kapliczkę, by chronił wieś przed zarazą.

    Pod rozłożystym szpalerem 852 drzew, z których 774 są pomnikami przyrody, sto lat temu jeździli do zbudowanego z czerwonej cegły kościoła św. Doroty jego fundatorzy i właściciele posiadłości w Łazach. Później furmankami dojeżdżali też franciszkanie z oddalonego o zaledwie kilka kilometrów Niepokalanowa. Najstarsi mieszkańcy Zawad wspominają, że przed wojną ojcowie z Niepokalanowa często odprawiali w ich kościele Msze św., głosili kazania, kwestowali. Chętnie też zatrudniali miejscowych do pomocy na terenie szybko rozbudowującego się klasztoru. Związki niewielkiej parafii, ukrytej z dala od głównych dróg, z Niepokalanowem zawsze były ścisłe. Może dlatego właśnie do niej na początku wojny trafiły maszyny drukarskie z wydawnictwa ojców franciszkanów. I tam pracowały w podziemiu, dla podziemia.

    Walka na słowa

    – Myśmy nic nie wiedzieli. Nikt nic nie mówił. Sprawa wyszła dopiero po wojnie, a i wtedy niechętnie o niej opowiadano, bo to przecież była drukarnia AK – opowiada Lucjan Dmoch, który od urodzenia mieszka w domu położonym naprzeciwko parafialnego cmentarza w Zawadach. Na jego terenie w 1940 r. w trzech połączonych grobowcach działała tajna drukarnia Związku Walki Zbrojnej, organizacji powołanej w listopadzie 1939 r. do prowadzenia konspiracyjnej walki z hitlerowskim okupantem, którą potem przemianowano na Armię Krajową. Była to walka także na słowa, drukowane i rozpowszechniane w podziemiu. Do wszystkich trzech puszczańskich obwodów Armii Krajowej docierały konspiracyjne gazetki i pisma. A było ich niemało. W obwodzie AK Błonie już w styczniu 1940 r. wydawano „Placówkę”, zmienioną następnie na „Kronikę Tygodniową”. Dla młodych powstało, „Pismo Najmłodszych – Prawa Świata”. Do rejonu VIII – Łomianki dochodziły pisma:, „Pionier”, „Tygodnik Informacyjny”, „Nowa Armia Nowej Polski” oraz prasa Komendy Głównej AK, zwłaszcza „Biuletyn Informacyjny”. „Biuletyn” trafiał również do Błonia i Sochaczewa. Z podziemnych drukarń wychodziły też broszury oraz ulotki propagandowe w języku niemieckim, skierowane do żołnierzy Wehrmachtu i niemieckich urzędników, mające obniżyć ich wojskowe morale i odwieść od walki. Drukowano je w konspiracji, z narażeniem życia, bo za działalność propagandową hitlerowcy karali śmiercią.

    Kryjówka w zaroślach

    Duży wieloosobowy grobowiec, stojący na podwyższeniu na cmentarzu parafialnym w Zawadach, w czasach wojny tak nie wyglądał. Granitowy nagrobek jest nowy, podobnie jak pamiątkowa płyta, przypominająca o wojennych losach tego miejsca. Ufundował ją jeden z inicjatorów konspiracyjnego przedsięwzięcia Mieczysław Zawadzki. Przez cały 1940 r. w tym grobowcu oraz dwóch sąsiednich działała tajna drukarnia, wydająca głównie publikacje Komendy Głównej AK. Pracujące w niej maszyny pochodziły z niepokalanowskiej drukarni, która w czasie wojny musiała zaprzestać wydawania. Przy świecach i lampach naftowych obsługiwali je m.in. Stanisław Dąbrowski ps. „Chmura”, Jerzy Gliwny ps. „Niedziela”, Jan Niewiadomski ps. „Niski” i Mieczysław Zawadzki ps. „Fryga”. Składanie i drukowanie pism w ciasnych podziemnych komorach zapewne było trudne, ale w miarę bezpieczne. Nikt nie wpadł na to, żeby źródła rozchodzącej się podziemnej prasy i odezw szukać na cmentarzu. – Wtedy cmentarz wyglądał zupełnie inaczej. Teren nie był uporządkowany, rosły na nim wysokie drzewa i było dużo krzaków. Ogrodzenie było z siatki zakończonej drutem kolczastym – wspomina Lucjan Dmoch. – Oprócz wejścia od strony wsi na cmentarz można się było dostać od łąk i od strony rzeki Utraty – tam były kładki. Nie trzeba było przechodzić przez wieś. Pewnie dlatego nie widzieliśmy, że na cmentarzu jest jakiś ruch, że coś się dzieje. Wiedział tylko proboszcz, który uczył mnie religii i przygotowywał do Pierwszej Komunii św. Ale nic nie powiedział. On tą drukarnią się opiekował. Kryjówka na zawadzkim cmentarzu była dla ruchu oporu miejscem strategicznym, więc otrzymała ochronę. Jak informuje napis na grobowcu, tajną drukarnię ochraniali: dowódca placówki Armii Krajowej w nadleśnictwie Kampinos z siedzibą w Granicy – leśniczy Witold Grądman ps. „Lis” oraz Władysław Jaczyński ps. „Sosna” i Władysław Siekiera ps. „Skowronek”. – Mój najstarszy brat Stanisław Ziółkowski też pomagał w tej drukarni. Ale w domu o tym się nie mówiło. Może coś tam powiedział mamie, bo ojciec nie żył, a ja miałem tylko siedem lat. Brał udział w Powstaniu Warszawskim, dostał się do niemieckiej niewoli. Ale nigdy już o drukarni nie wspominał. Zmarł w 1986 r. – mówi Grzegorz Ziółkowski.

    Koncern dla Niepokalanej

    Przed wojną niepokalanowski klasztor wyrósł na potężne centrum wydawnicze. A wszystko po to, by zgodnie z założeniem o. Kolbego jeszcze bardziej szerzyć w świecie kult Niepokalanej. Na nowoczesnych trzech maszynach rotacyjnych, siedmiu intertypach i linotypach oraz kilku maszynach płaskich drukowano trzy miesięczniki: „Rycerz Niepokalanej”, „Rycerzyk Niepokalanej” i „Mały Rycerzyk Niepokalanej”. Ich łączny nakład sięgał 1,2 mln egzemplarzy. Niepokalanowską drukarnię codziennie opuszczał też „Mały Dziennik” – ukazujący się w 250–300 tys. egzemplarzy. Oprócz tego wydawnictwo franciszkanów drukowało „Biuletyn Misyjny” i „Echo Niepokalanowa”. Tylko w 1937 r. niepokalanowska drukarnia zużyła 1,6 tys. ton papieru i 35 ton farby drukarskiej. O takich nakładach dzisiejsi wydawcy pism mogą tylko pomarzyć. Prasa o. Kolbego sprzedawana była za niską cenę, dlatego rozchodziła się także wśród mniej zasobnych czytelników. Ale zakonnik na tym nie poprzestał. Tuż przed wybuchem wojny miał już gotowe plany budowy w Niepokalanowie niewielkiego lotniska na potrzeby kolportażu wydawnictw. Próbne audycje nadawało raczkujące Radio Niepokalanów. I trudno sobie nawet wyobrazić, jak jeszcze mogło rozwinąć się medialne przedsięwzięcie o. Kolbego, gdyby nie przerwała go wojna.

    Jadą maszyny

    W pierwszych dniach września 1939 r. niepokalanowscy zakonnicy zaprzestali wydawania pism i zgodnie z decyzją przełożonego, kto tylko mógł, wyjeżdżał szukać schronienia u rodzin. W klasztorze pozostało kilkudziesięciu franciszkanów. Jak pisze Tomasz Terlikowski w książce „Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika”: „Wszystkim im już 9 września ojciec Maksymilian zaczął wyznaczać konkretne zadania. Po pierwsze trzeba było spróbować ukryć cenniejsze maszyny (…)”. Prawdopodobnie właśnie wtedy doszło do rozmowy o. Kolbego z ówczesnym proboszczem z Zawad ks. Stanisławem Kuplickim. Być może już w tym czasie zapadła decyzja, żeby ukryć je w rodzinnym grobowcu udostępnionym przez braci Stanisława i Mieczysława Zawadzkich. Zrobiono to dosłownie w ostatniej chwili, bo już w połowie września przez Kampinos przetoczyły się ciężkie walki, a w okolicach Niepokalanowa spadły bomby. Pozostałych w klasztorze zakonników Niemcy aresztowali 19 września. Splądrowali klasztor, część wyposażenia drukarni wywieźli, a resztę maszyn oplombowali. Do ograbionego Niepokalanowa franciszkanie powrócili z niewoli 8 grudnia. – Walki w rejonie Puszczy Kampinoskiej były zacięte. Jeszcze dwa lata temu, kiedy remontowaliśmy wieże kościoła, odnaleźliśmy ręcznie robione kule – mówi ks. Bogusław Pomarański, proboszcz parafii św. Doroty w Zawadach.

    Była wsypa?

    Drukarnia na cmentarzu pracowała przez cały 1940 r. Według jednych źródeł Niemcy nigdy jej nie odkryli. Inne podają, że w styczniu 1941 r. została zdekonspirowana, zaś nielegalnych drukarzy przewieziono na Pawiak, a potem do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Wojnę przeżył jedynie Mieczysław Zawadzki. On też w miejscu tajnej drukarni ufundował tablicę upamiętniającą zmarłych kolegów i ich konspiracyjny czyn. Zmarłego w 1963 r. proboszcza ks. kanonika Kuplickiego pochowano w krypcie pod kościołem św. Doroty, obok grobów fundatorów świątyni, członków rodziny Karnkowskich.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół