• facebook
  • rss
  • Lepiej niech mnie rozstrzelają

    Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    – Po raz pierwszy usłyszałem o Ponarach, gdy moi bracia Czesiek i Janek siedzieli w więzieniu na wileńskich Łukiszkach. Byłem przerażony – wspomina Romuald Mietkowski.

    Kolejka do więziennego okienka, do którego podczas okupacji Wilna Romuald Mietkowski przynosił paczki z żywnością, była długa. Stało się godzinami. I drżało ze strachu. Ludzie mówili, że Niemcy wywożą więźniów do Ponar. Na rozstrzelanie. – Sam widziałem wyjeżdżające z Łukiszek ciężarówki. Niektórzy ludzie krzyczeli… Bałem się, że to samo spotka moich braci – mówi R. Mietkowski.

    Już nie wrócą…

    Kiedy w 1941 r. do Wilna wkroczyli Niemcy, Janek i Czesiek chodzili jeszcze do szkoły. Janek już właściwie ją kończył. Duch oporu wśród młodych był taki, że Czesiek i jego koledzy z gimnazjum im. Adama Mickiewicza założyli organizację podziemną i nazwali ją Związkiem Młodych Polaków. Członków było 41 i mieli jeden cel – walczyć z okupantem. Czesław miał wówczas 17 lat. – Spotkania ZMP odbywały się także u nas w domu na Sołtaniszkach. Czesiek często przynosił do domu broń, którą potem zakopywaliśmy w lesie – wspomina R. Mietkowski. Głównym zadaniem Romualda było stanie na „czujce” i patrzenie, czy nie idą Niemcy lub współpracujący z nimi Litwini. Gestapo przyszło niespodziewanie, po cywilu. Zaczęli szukać broni i dokumentów. Aresztowali Cześka i Janka. – Mnie zostawili. Do dziś nie wiem dlaczego. Być może według nich byłem za mały na działalność wywrotową – wspomina. Czesiek i Janek wylądowali na Łukiszkach za działalność antyniemiecką i antylitewską. Podobnie skończyli żołnierze Armii Krajowej, patriotyczna młodzież i cała wileńska inteligencja z ks. Romualdem Świrkowskim – prezesem wileńskiej Akcji Katolickiej, prof. Kazimierzem Pelczarem – pionierem polskiej onkologii, czy prof. Mieczysławem Gutkowskim – wybitnym znawcą skarbowości i prawa skarbowego. Po jakimś czasie przyszło pismo z Oszmiany koło Wilna, że Janek żyje i jest w obozie pracy. – Przygotowaliśmy z mamą paczkę i pojechaliśmy do niego – wspomina. Spotkali się. Janek opowiedział, co działo się „za bramą” w więzieniu na Łukiszkach. – Cześka bili tak bardzo, że aż krzyknął: „Lepiej niech mnie rozstrzelają”. I tak się stało. Zginął 11 maja 1942 r. w Ponarach. Po wojnie Romuald uzyskał niemieckie dokumenty wskazujące na decyzję o rozstrzelaniu.

    Doły śmierci

    Do Ponar poszedł wtedy, gdy Niemcy opuścili już Wilno. Był grudzień 1944 r. Wiele osób szło do oddalonych o ok. 10 km Ponar, by zobaczyć, co tutaj się wydarzyło. – Stanąłem na brzegu wielkiego dołu i zobaczyłem tysiące trupów. Ludzie wyglądali jak śledzie w beczkach – jeden na drugim, starsi, młodsi, dzieci. Byłem przerażony. Gdzieś wśród nich leżał mój brat – mówi pan Romuald. Dołów było siedem – okupujący przed wojną Wilno Rosjanie wykopali je do składowania paliw płynnych dla sowieckich samolotów. Kiedy wkroczyli Niemcy, położone w sosnowym lesie, głębokie na 5 metrów doły idealnie nadawały się na masowe groby – przede wszystkim Żydów, ale i Polaków. W ciągu trzech lat w ponarskim lesie Niemcy rękami Litwinów zamordowali ok. 100 tys. ludzi.

    Jak relikwia

    – Do Ponar wróciłem dopiero wtedy, gdy Litwa przestała być rosyjską republiką. Wcześniej bałem się jechać ze względu na represje – brałem udział w wyzwoleniu Wilna – wspomina. W dołach było pełno popiołu. Po wkroczeniu do Ponar Rosjanie palili ciała. – Teren wyglądał na zaniedbany, w lesie stały pomniki – Żydów i Rosjan. Na moje oko polski był najbrzydszy – mówi pan Romuald. Dziś teren jest uporządkowany, asfaltowe alejki prowadzą wśród strzelistych sosen do miejsc kaźni i narodowych pomników. – Na tablicy z nazwiskami poległych odszukałem mojego brata – mówi pan Romuald. Na polskiej kwaterze stoi krzyż i ołtarz, na którym co roku pod koniec września, w okolicy obchodzonego na Litwie dnia Holokaustu odbywają się uroczystości ku czci poległych. Przyjeżdżają członkowie Rodziny Ponarskiej, kultywującej pamięć o tragedii, przedstawiciele władz, ambasadorzy. I choć od mordu minęło już 75 lat, wciąż nie jest on obecny w świadomości narodu. Pożółkłe ze starości niemieckie dokumenty z nazwiskiem brata Romuald Mietkowski przechowuje w swoim domu na Gocławiu jak relikwie. Wraz z rodzinnymi wspomnieniami. Od lat stara się, by w Warszawie zawisła tablica upamiętniająca nie tylko 41 uczniów gimnazjum im. Adama Mickiewicza, ale i całą wileńską młodzież poległą w obronie ojczyny. – Czesław nie zginął dla własnej chwały. On zginął przecież dla wolnej Polski – mówi pan Romuald.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół