Nowy numer 49/2020 Archiwum

Poprawka z wieszcza

Archeologia. Osławiona Mickiewiczowskim wierszem Reduta Ordona odsłania swoje tajemnice. Prawda historyczna daleka jest jednak od tej zawartej w patriotycznej liryce.

Mickiewicz opisał obronę Warszawy przed Rosjanami we wrześniu 1831 r. na podstawie „opowieści adiutanta”, czyli poety Stefana Garczyńskiego. Dziś już nie wiadomo, czy to świadek wydarzeń nieco je ubarwił, czy też pióro poety nadało im patosu.

– Faktem jest, że gdyby nie znajdujący się w kanonie lektur szkolnych wiersz Mickiewicza, nikt nie zwróciłby uwagi na „dzieło nr 54” – bo taką nazwę nosiła reduta. Polacy nie spodziewali się ataku z tej strony, placówka miała tylko 6 armat i połowę żołnierskiej obsady. Artyleria konna gen. Bema nie zdążyła przyjść z odsieczą i przeważający liczebnie Rosjanie redutę zdobyli w kilkadziesiąt minut – mówi dr Wojciech Borkowski, wicedyrektor Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie.

Przenieść pomnik?

Tuż obok centrum handlowego Blue City, przy polnej drodze Na Bateryjce, archeolodzy od trzech lat znajdują ślady ziemnej fortyfikacji. Badania potwierdziły to, co nielegalni kopacze pamiątek wiedzieli od dawna: sławna reduta znajdowała się w tym miejscu, a nie, jak dotąd sądzono, przy ul. Mszczonowskiej, na tyłach obecnego centrum handlowego Reduta i stacji WKD Reduta Ordona, gdzie usytuowano upamiętniający ją pomnik i gdzie co roku w rocznicę obrony Warszawy władze składały kwiaty. Ślady wzniesień fortyfikacyjnych były też widoczne na dawnych mapach i zdjęciach lotniczych. Skąd więc taka pomyłka? Pomnik na Woli, na którym napis głosi: „Tu dnia 6 września roku 1831 w walce z przemocą moskiewską została wysadzona w powietrze Reduta Ordona. Obrońcom Ojczyzny – cześć”, stoi w miejscu innej reduty, która w czasach powstania listopadowego nie była obsadzona żołnierzami. Po 1841 r. dla upamiętnienia zwycięstwa Rosjanie postawili tam 11-metrowy pomnik Zdobywców Warszawy.

Nie Ordon i nie wysadzona

Z planów fortyfikacji sporządzonych przez oficera z okresu powstania listopadowego, gen. Ignacego Prądzyńskiego, wynika, że szaniec Ordona miał kształt sześcioboku, a każda ze ścian liczyła od 35 do 46 m. Ochraniały go wał, sucha fosa i trzy rzędy wilczych dołów. – W trakcie wykopalisk natrafiliśmy na dwa rzędy dołów, co może świadczyć o tym, że albo zmsieniono pierwotne plany, albo najprawdopodobniej nie zdążono ukończyć budowy – domyśla się archeolog Michał Paczkowski. Większość terenu dawnej reduty jest już dla badaczy niedostępna. Spora jej część leży pod Alejami Jerozolimskimi, które budowano bez wcześniejszych badań archeologicznych. Niedawno robiono na niej wykopy pod meczet. – Wcześniej były w tym miejscu tereny rolnicze. Ludzie orali pługami i znajdowali artyleryjskie kule, stawiali domy i w wykopach odnajdywali ludzkie szczątki – mówi archeolog Robert Bartoszek. Pięcioosobowa grupa pracująca przy ul. Na Bateryjce przeczesuje każdy centymetr ziemi, a tę wykopaną dodatkowo sprawdza wykrywaczem metali. Ponieważ Reduta Ordona była fortyfikacją usypaną z ziemi umocnionej gliną, przebieg jej „murów” fachowcy odczytują z układu warstw ziemi. Odsłonili już kawałek fosy i obwarowania. Niestety, reduta w ostatnich latach została spenetrowana i nieodwracalnie zniszczona przez „dzikich archeo- logów”, którzy w poszukiwaniu pamiątek wjeżdżali na nią nawet koparkami. Najczęściej przeszukiwali fosę, bo właśnie do niej zazwyczaj spychano pozostałości po walkach. W niej można było odkryć końskie uprzęże, części uzbrojenia, amunicję... Pozostawili po sobie doły, które z czasem zapełniły się śmieciami. Teraz archeolodzy poszerzyli teren poszukiwań w środku samej reduty. W powierzchniowych warstwach odnaleźli m.in. stos kartaczy, czyli rodzaj dużego śrutu, umieszczonego w puszce, którą potem ładowało się do działa, dwie skałki do muszkietów oraz złoty dukat niderlandzki, którym wypłacano żołd oficerom. Urządzenia pomiarowe wskazują, że głębiej w ziemi jest „coś jeszcze”. Prowadzący wykopki spodziewają się znaleźć ślady drugiej prochowni. Stan i rozrzut amunicji pozwoliłyby zweryfikować tezę o wysadzeniu fortyfikacji. Wedle Mickiewiczowskiej wersji, dowodzący redutą Juliusz Konstanty Ordon, widząc, że nie jest w stanie dłużej bronić jej przed Rosjanami, bohatersko wysadził się wraz z całą amunicją. Nie wiadomo, czy gen. Józef Bem, dowódca pierwszej linii obrony Warszawy, wizytujący redutę w przeddzień walk, wydał rozkaz zniszczenia amunicji w razie przegranej i czy może rozkaz nie do końca solidnie wykonano, czy też – jak podają dokumenty rosyjskie – wybuch wywołał pocisk wrzucony w stos prochu. – Według ustaleń archeologów, prochownia nie była schowana w ziemi – jak dotąd sądzono – ale była jedynie lekko w niej zagłębiona. Nad powierzchnią chroniła ją szopa zbita z desek, najpewniej surowych, więc usytuowana na wzgórzu była jasnym, łatwym celem dla przeciwników – mówi wicedyrektor Borkowski. Podczas wybuchu zginęło 100 Rosjan i spora część z 350–400-osobowej polskiej załogi. Sam podporucznik Ordon, który – wbrew temu, co pisał Mickiewicz – nie dowodził redutą, a był dowódcą artylerii, doznał jedynie oparzeń i znalazł się w grupie 60 Polaków wziętych do niewoli. Rzeczywisty dowódca, major Ignacy Dobrzelewski, wyszedł z walk bez szwanku i, jak pisze Małgorzata Karpińska w magazynie „Mówią wieki”, „pozostał w Warszawie po kapitulacji i ponowił przysięgę carowi”. Ordon walczył potem jeszcze w czasie Wiosny Ludów, na emigracji przystąpił do wolnomularzy, a życie zakończył śmiercią samobójczą.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama