Nowy numer 38/2022 Archiwum

Ciocia, która mieszka w niebie

Świętych obcowanie. – To małe dziecko na kolanach obok siostry Faustyny to ja – pokazuje 81-letnia Marianna z Łomianek.

Łódź

Był rok 1955. Od śmierci s. Faustyny minęło wtedy 17 lat. Marianna za pracą przeprowadziła się do Łodzi. Tu założyła rodzinę. Gdy w odwiedziny do córki przyjeżdżała mama Józefa, dom zawsze był pełen różnych gości. – Mama była bardzo towarzyska, wszędzie miała znajomości. Poza tym nie ukrywała, że jest rodzoną siostrą s. Faustyny. Dzięki temu jednoczyła wokół siebie pierwszych czcicieli Bożego Miłosierdzia na długo przed oficjalnym zatwierdzeniem kultu – wspomina Marianna. O zakonnicy z Głogowca zaczynało być coraz głośniej. Kilka lat wcześniej siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia podjęły starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Zaczęto spisywać wspomnienia o s. Faustynie, przepytywać rodzinę, pracodawców, znajomych.

Ludzie z rąk do rąk przekazywali sobie także pierwsze odpisy z „Dzienniczka”. Oficjalnie, po rzetelnym przepisaniu go z oryginału, ukazał się dopiero w 1981 r. – Mama czytała nam go na głos. Byliśmy wzruszeni. Nie wiedzieliśmy, że pisała duchowy dziennik – wspomina Marianna i dodaje: – Najwięcej o jej życiu dowiedziałam się właśnie z tej lektury. Tego, że miała u Boga specjalne względy, rodzina domyślała się już wcześniej, choćby podczas wizyty u chorej matki, kiedy przewidziała jej rychłe ozdrowienie. Resztę usłyszeli od ludzi, którzy już wówczas określani byli jako czciciele Bożego Miłosierdzia. Historie były przeróżne: od snów po przeżycia związane z lekturą „Dzienniczka” i osobiste spotkania z s. Faustyną. – Pewnego razu przyszła do nas zaprzyjaźniona nauczycielka. Mówiła, że akurat robiła przetwory, gdy u progu stanęła uboga staruszka. Wielu takim pomagała, więc także i tym razem dała jej chleb. Staruszka ze szmacianej torebki wyciągnęła serwetkę. Trochę nietypową. Pięknie haftowaną, bielusieńką, wykrochmaloną – wyglądała jak korporał. Starannie zawinęła w nią podarek i schowała. „Byłam zdziwiona, zapytałam ją, gdzie mieszka. Ona odrzekła, że przy Cmentarnej 26” – wspominała nauczycielka. Adresu szukała w całej Łodzi. Zagadka rozwiązała się w Łagiewnikach. 26 – to numer grobowca, w którym pochowana jest Faustyna.

Podobnych historii było więcej – wspomina Marianna. Co najmniej dwa razy do roku całą rodziną jeździli do Łagiewnik. Siostry zakonne wielokrotnie opowiadały o tym, jak s. Faustyna z nieba im pomaga. – Najbardziej utkwiła mi w pamięci anegdota o tym, jak s. Faustyna odstraszyła złodziei. Przy kościelnej skarbonie, którą chcieli okraść, zobaczyli kobietę w habicie. Nagle, na ich oczach, zakonnica zniknęła, a oni przelękli się i uciekli – wspomina. W rodzinie także krążyły opowieści o różnorakiej pomocy, której w codziennych sytuacjach doświadczali od s. Faustyny domownicy – chociażby udana podróż. Bratu Mieczysławowi obiecała, że przyjdzie po niego w godzinie śmierci. Są świadkowie, że słowa dotrzymała. Nawet ludzie w kolejce w sklepie potrafili mówić o różnych cudach i cudeńkach za przyczyną zakonnicy z Głogowca. – Tylko mnie nic takiego się nie przytrafiało, choć stale modliłam się za jej przyczyną. Przez wiele lat miałam nawet o to do niej pewien żal – przyznaje Marianna.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy