Nowy numer 28/2020 Archiwum

Cierpiała za kapłanów. Będzie sługą Bożą?

Nosiła stygmaty jak o. Pio, żywiła się Komunią św. jak Marta Robin, z polecenia Jezusa pisała dziennik jak s. Faustyna i niczym Mała Tereska obiecała zesłać po śmierci na ziemię płatki kwiatów – wyproszonych łask.

Jako maleńka dziewczynka przy trumnie młodszego brata widziała, jak on siada i jak otaczają go anioły. Ostatni spowiednik i badacz spuścizny po niej ks. Jan Pryszmont mówi, że nadzwyczajne zjawiska towarzyszyły jej przez całe życie: przynosiła plik nowych banknotów, gdy były pilnie potrzebne, znajdowała miód w spiżarni, gdy jego zapas już dawno się skończył, nakarmiła ponad 20 osób kawałkiem kurczaka, kiedy w niedzielę nie można było kupić żywności. Wielu nie odnotowano, bo s. Wanda zawsze skrzętnie starała się je ukryć.

Pierwszy raz 12-letnia dziewczynka poczuła ból w stopach i na dłoniach podczas procesji w rodzinnym Nowogródku w 1919 r. Objawy powtórzyły się trzy lata później. Jako młoda nowicjuszka sióstr od Aniołów wyraźnie poczuła wezwanie Jezusa, by dzielić z Nim ból męki. Odkąd w domu w Pryciunach stygmaty ujawniły się i zaczęły krwawić, walczyła sama ze sobą, wymawiała się Jezusowi jak mogła, prosiła o ukrycie zewnętrznych oznak. Czuła się ich niegodna, skrępowana tym, że niezwykłe znaki mogą wywołać sensację. Dopiero odwiedzający ją abp Romuald Jałbrzykowski z Wilna polecił posłusznie przyjąć ten dar. Co czwartek pociła się krwią, a potem otwierały się stygmaty na rękach i nogach, bolała rana w boku, krwawiło trzynaście ranek dookoła głowy i ślady po biczowaniu. Dzieliła Chrystusową mękę aż do piątku, kiedy z Nim konała na krzyżu.

„Siostro anielska”, „Wandziu od rany Mego Serca”, „łezko moja” – mówił czule Jezus do swojej wybranki. Ona, zwracając się do Niego: „Najukochańszy”, ofiarowywała całą siebie: swoje anemie, zapalenia płuc, opon mózgowych, otrzewnej, chorobę serca, podejrzenie gruźlicy w ostatnim stadium (szykowano suknię do trumny), guza piersi, częste omdlenia, złamanie stawu biodrowego (co spowodowało, że w starszym wieku poruszała się o kulach, a potem na wózku).

Przyjmowała też na siebie choroby innych. Kiedy jej ojcu dokuczały czyraki i nie mógł pracować w polu, doznał szybkiego uzdrowienia, a jego córkę obsypały krosty. Za wikarego przyjęła ból gardła tak, że on mógł wygłosić kazanie, a ona nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Przypuszcza się też, że w 1962 r. skomplikowana operacja mózgu, kiedy to wycięto jej oponiaka wielkości ziemniaka, była skutkiem przyjęcia choroby jednego z kapłanów. Leczenie z licznych chorób komplikował fakt, że organizm s. Wandy przez długie okresy nie przyjmował pokarmów ani lekarstw. Jak wspominają siostry, najeść mogła się jedynie w większe święta kościelne. I jak francuska mistyczka Marta Robin żyła codzienną Komunią Świętą.

Nad jej wyniszczeniem lekarze z radzieckiego więzienia rozkładali ręce. Zdarzało się też w piątki, że wynoszono ją do łazienki jako umarłą, a po kilku godzinach, ku przerażeniu medyków, wychodziła stamtąd z widocznymi plamami na całym ciele. W końcu umieszczono ją w sali dla psychicznie chorych, stawiając diagnozę: „Jesteście bardzo nerwowa i w najwyższym stopniu wrażliwa na krzyż – to wasza psychoza”. Jak wspomina w obozowych dziennikach: „Pomyślałam sobie: »Et, głupi wy jesteście, choć lekarze«, ale po chwili pojawił się wyrzut sumienia, że tak myśleć nie wolno, więc od razu uderzam się w piersi”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama