GN 42/2020 Archiwum

Kiedy piekarz robi zaczyn

O jego życiu najwięcej można wyczytać z… policyjnych raportów. Apostoł Warszawy, patron Wiednia, człowiek święty, ale i mocno stąpający po ziemi. 200 lat temu zmarł św. Klemens (Dworzak) Hofbauer.

W Warszawie pozostało po nim niewiele, bo zaborcy pruscy, a potem zwolennicy Napoleona, starali się, żeby dzieło pierwszych polskich redemptorystów poszło w zapomnienie. I chociaż w klasztorze przy ul. Pieszej pozostały tylko fotel, na którym św. Klemens Hofbauer spowiadał siostry wizytki z Krakowskiego Przedmieścia, oraz fioletowy ornat, uszyty z kapy, której używał, pamięć o zmarłym 15 marca 1820 r. zakonniku jest nadal żywa. Postarał się o to chociażby sam Jan Matejko. Na obrazie „Konstytucja 3 Maja” w lewym dolnym rogu umieścił postać św. Klemensa, patrzącego wprost na widza i wyciągającego rękę w geście prośby o jałmużnę.

Postawny, o wyrazistych rysach, z natury choleryk i drażliwiec, z zapuszczonego małego kościółka św. Benona stworzył prężny ośrodek odrodzenia wiary i liturgii nie tylko w Warszawie. Chociaż był doskonale wykształcony, znał kilka języków i obracał się w gronie najbardziej światłych tamtych czasów, odprawiał Msze św. dla służących, karmił żebraków zabranych z ulic, chodził do chorych z garnkiem jedzenia i w swojej celi do nocy dyskutował z tymi, którzy szukali Boga.

Znajomy piekarzy

Pochodził z Czech, z Moraw. Ojciec nazywał się Dvorak, ale gdy z Czeskich Budziejowic przeniósł się do miejscowości, gdzie istniała silna kolonia niemiecka, zaczął używać niemieckiego nazwiska Hofbauer. Matka była Niemką i po wczesnej śmierci męża sama opiekowała się dwanaściorgiem dzieci. Było biednie, więc zamiast do szkół mały Jan (takie imię otrzymał na chrzcie) poszedł do pracy w piekarni. Jako młodzieniec próbował życia eremity w dalekiej Italii, a potem nadrabiał edukacyjne zaległości w klasztorze norbertanów w Klosterbruck i na uniwersytecie wiedeńskim. W Rzymie zainteresował się młodym Zgromadzeniem Najświętszego Odkupiciela, założonym przez św. Alfonsa Marię Liguoriego. Miał już 34 lata, kiedy w 1785 r. jako o. Klemens Maria składał śluby zakonne i przyjął święcenia kapłańskie. Krótko był w Wiedniu, a potem wyruszył na Pomorze. W drodze zatrzymał się w Warszawie i został w niej na 21 lat (1787–1808).

Kościół nigdy nie był pusty

Ponieważ zima była sroga, a drogi nieprzejezdne, trzech redemptorystów: o. Klemens, o. Tadeusz Hübl i br. Piotr Kunzmann utknęło w Warszawie. Administrujący tym terenem biskup poznański powierzył gościom opiekę nad kościołem św. Benona, przeznaczonym dla niemieckich katolików. I tak trzech zakonników o niemiecko brzmiących nazwiskach, z trzema talarami w kieszeni, weszło do małego kościółka ze zburzonymi ołtarzami i zrabowanym wyposażeniem. Wkrótce to miejsce upiększyły nowe obrazy, figury, makaty, kobierce i wielkie bukiety kwiatów, rozświetliły świece, zapachniało w nim kadzidło i zabrzmiała muzyka Mozarta, Bacha, Händla, wykonywana na najznakomitszych organach z pracowni Joachima Wagnera. Oprawę Mszy św. zapewniały też założone przez św. Hofba- uera orkiestra i chór. W świątyni cześć odbierało ponad 200 świętych w ich relikwiach. – Do tego kościoła, przeznaczonego dla mniejszości niemieckiej, masowo zaczęli napływać nie tylko mieszkańcy Warszawy, ale i dalszych miejsc. I było to coś niezwykłego jak na czasy, kiedy przygasał kult eucharystyczny, konfesjonały pustoszały, szerzył się jansenizm, głoszący, że grzeszny człowiek nie jest godny przyjmować Ciała Jezusa, a znajomość Pisma Świętego była nikła nawet wśród duchownych – mówi o. Kazimierz Piotrowski CSsR, historyk zgromadzenia.

– Pierwsi redemptoryści przyjechali do Warszawy ukształtowani przez duchowość naszego założyciela św. Alfonsa Marię de Liguori, który był zwolennikiem częstej spowiedzi i Komunii św. Z przekonaniem, że – jak mówił o. Klemens – „Ewangelia powinna być głoszona w całkiem nowy sposób”. To właśnie „u Benona” św. Klemens przeprowadził duszpasterski eksperyment: permanentne misje. W kościele codziennie odprawiano co najmniej cztery Msze św., często z asystą chóru lub przy akompaniamencie muzyki. Na każdej – jak św. Klemens donosił przełożonym – do Komunii św. przystępowało ponad sto osób. Każdego dnia głoszono pięć, sześć kazań – krótkich, rzeczowych, docierających do wnętrza człowieka. Nie zawsze były to nauki miłe dla ucha, bo św. Hofbauer uważał, że „na ambonie należy gwałtownie strząsać orzechy z drzewa, a w konfesjonale łagodnie je zbierać”. Konfesjonały pracowały więc pełną parą, od godz. 5 do późnych godzin wieczornych, a liczba penitentów rocznie sięgała 100 tys.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama