Nowy numer 25/2022 Archiwum

Zawdzięczają mu wszystko

Ci, którzy z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego otrzymali sakrament kapłaństwa, mówią o nim krótko: „Był nam ojcem”.

Ksiądz Henryk Kleps o kapłaństwie marzył, odkąd miał 14 lat. Biegał do katedry warszawskiej, żeby nie przegapić żadnego kazania kard. Stefana Wyszyńskiego. Imponował mu. Wyobrażał sobie, że kiedyś i on będzie leżał na posadzce archikatedry i przyjmie święcenia, najlepiej w uroczystość Trójcy Świętej. Bóg wysłuchał – 41 lat temu był w ostatnim roczniku księży, który ślubował służbę Bogu w obecności Prymasa Tysiąclecia.

Spełnione marzenia

– Do dziś pamiętam jego homilię. Mówił, przywołując twórczość Eugeniusza Małaczewskiego, że ludzie mają w sobie głód Boga. Wspominał pielgrzymkę Jana Pawła II do Paryża, posyłał nas w imię Trójcy Świętej, wskazując, że mamy być świadkami Chrystusa, służąc człowiekowi i modląc się nieustannie o łaskę wytrwania w powołaniu dla siebie i innych. Nie zapomnę jego ojcowskiego spojrzenia, gdy jeszcze przed święceniami, podczas spotkania w seminarium, podszedł do mnie i, przytulając, zapewnił: „Do ciebie Pan Jezus przyjdzie”. Święcenia odbyły się w katedrze, 1 czerwca 1980 r., w... uroczystość Trójcy Przenajświętszej – tak jak marzyłem. Choć trzy razy otrzymywałem kartę powołania do jednostki w Bartoszycach. Bogu niech będą dzięki za to kapłaństwo i kard. Wyszyńskiego, który był jego szafarzem – mówi ks. Henryk Kleps, od 13 lat sędzia w Sądzie Metropolitalnym Warszawskim.

Wraz z kilkudziesięcioma innymi kapłanami wyświęconymi przez sługę Bożego ks. Kleps modlił się w archikatedrze warszawskiej 28 sierpnia o obfite owoce duchowe beatyfikacji. Mszy św. przewodniczył kard. Kazimierz Nycz. – Przez wiele lat wierni modlili się o beatyfikację kard. Wyszyńskiego, a w ostatnich miesiącach – o jej obfite owoce. Dzisiaj jesteśmy tutaj niejako w wigilię beatyfikacji, aby dziękować Bogu za wielki dar dla polskiego Kościoła, dar beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia – mówił metropolita warszawski, przypominając że do dziś żyje w archidiecezji warszawskiej 170 kapłanów, którzy dzięki posłudze kard. Wyszyńskiego zostali prezbiterami i że co najmniej tyle samo jest ich w diecezjach łowickiej i warszawsko-praskiej, które do 1992 r. należały do archidiecezji.

Ponad tysiąc księży

Jednym z nich został także w 1975 r. dzisiejszy biskup łowicki Andrzej Dziuba. – Nie tylko obdarzył mnie kapłaństwem, ale i towarzyszył w początkach posługi, najpierw kierując na studia w Polsce, a potem w Rzymie. Dziś chcę mu podziękować za zaufanie i świadectwo życia, które stało się dla mnie inspiracją, m.in. do napisania kilku książek. Wierzę, że teraz modli się za mnie i towarzyszy mi w realizacji biskupiego powołania – mówił ordynariusz łowicki po modlitwie przy sarkofagu w archikatedrze warszawskiej. W sumie prymas udzielił święceń prezbiteratu 704 kapłanom ówczesnej archidiecezji warszawskiej i 312 archidiecezji gnieźnieńskiej. Udzielał święceń osobiście, z przerwą jedynie w czasie uwięzienia przez władze PRL. Ta liczba może być jednak wielokrotnie wyższa. Na mocy przyznanych mu przez Stolicę Apostolską specjalnych pełnomocnictw kard. Wyszyński wyświęcił wielu księży dla innych polskich diecezji, zwłaszcza w latach 50. na tzw. Ziemiach Odzyskanych, zanim zostały tam ustanowione nowe granice diecezji. W gronie tym są m.in. kapłani dzisiejszych archidiecezji wrocławskiej, szczecińsko-kamieńskiej i warmińskiej, diecezji opolskiej i zielonogórsko-gorzowskiej. Ponadto wyświęcił kapłanów zakonnych, m.in. marianów, pallotynów, jezuitów, orionistów, kapucynów czy franciszkanów. Biografowie kard. Wyszyńskiego wspominają też, że w swojej kaplicy miał udzielać (tajnych) święceń kapłanom z ówczesnej Czechosłowacji czy dawnych republik ZSRR.

Niezapomniana wizyta

Wśród wyświęconych przez kard. Stefana Wyszyńskiego, którzy modlili się przy jego sarkofagu, był m.in. ks. inf. Stanisław Kur, biblista, tłumacz Księgi Rut w Biblii Tysiąclecia, w latach 1982–1997 rektor warszawskiego seminarium. Przyjął święcenia kapłańskie z rąk kard. Wyszyńskiego 23 sierpnia 1953 roku. Za dwa miesiące skończy 92 lata. – To były pierwsze święcenia w odbudowanej katedrze warszawskiej – wspomina ks. Stanisław Kur, który znalazł się wtedy w gronie 20 neoprezbiterów.

– Była ona w stanie surowym, nie było jeszcze posadzki. Jednocześnie to były ostatnie święcenia przed uwięzieniem prymasa. Odbyły się w dziwnym terminie, 23 sierpnia 1953 r., a to dlatego, że przygotowanie do kapłaństwa trwało wtedy pięć lat, a kawałek VI roku mieliśmy od 1 lipca do dnia święceń – wspomina kapłan. Był to rocznik księży, którzy do warszawskiego seminarium wstąpili w 1948 r., kiedy swoją posługę rozpoczynał również prymas Wyszyński. Ksiądz Kur do dziś pamięta, jak tuż po swoim ingresie do prokatedry warszawskiej odwiedził on seminarium. – To była niezapomniana wizyta – podkreśla. – Prymas Wyszyński był człowiekiem niezwykłym – troszczył się o sprawy całego Kościoła, a jednocześnie pamiętał o sprawach najdrobniejszych. Potrafił zapytać mnie, kleryka, czy nie przeziębiłem się z powodu chłodu podczas celebracji w katedrze. Takim go zapamiętałem – mówi senior warszawskich kapłanów.

Idol, ojciec, wzór

Pod wrażeniem ojcowskiej troski Prymasa Tysiąclecia jest niemal każdy z jego kapłanów.

– Nie lubię mówić o idolach, ale jeśli już mówić w tych kategoriach, on był jedynym. Jego postawa ogromnej miłości do ojczyzny i do Kościoła, jego głęboki mistycyzm formowały i mobilizowały nas wszystkich. Jednocześnie czuło się, że trzyma rękę na pulsie bieżącego życia. Mówił, zawsze odpowiadając na nasze najgłębsze, osobiste pytania. Ludzie to czuli i garnęli się do niego, można powiedzieć, że niemal „wisieli” mu na ustach. Kardynał Wyszyński mówił do nas i za nas jednocześnie. Dlatego potrafili czekać godzinami, by jeszcze raz im pobłogosławił – twierdzi ks. Jan Sikorski. Podobne obserwacje ma ks. Grzegorz Kalwarczyk, który przyjął sakrament kapłaństwa z rąk kard. Wyszyńskiego 24 maja 1965 r., a potem był sędzią w procesie beatyfikacyjnym jego oraz m. Elżbiety Róży Czackiej. – To prymas przyjmował mnie do seminarium, a potem – po okresie wikariuszowskim i studiach – na 7 lat powierzył funkcję notariusza wydziału spraw sakramentalnych warszawskiej kurii – wspomina.

Ksiądz Kazimierz Zoch-Chrabołowski przyjmował święcenia cztery lata później, w roku szczególnego napięcia politycznego. Pamięta moment, w którym prymas stanął między nim i kursowym kolegą. Oparł się o ich barki. Nie pamięta, o czym z nim rozmawiali, ale poczuł wtedy, że on na nich liczy. Chciał, żeby nowi kapłani byli dla niego wsparciem. – To był pod każdym względem Ktoś! – mówi dawny proboszcz w Urlach oraz w warszawskich parafiach św. Jadwigi i św. Marii Magdaleny, a także MB Różańcowej w Wielgolesie, podkreślając, że kard. Wyszyńskiemu zawdzięcza wszystko – powołanie, formację, wzór relacji z ludźmi i postawy w najdrobniejszych sprawach.

Portret na klęczniku

W tym samym roku kapłanem został ks. Roch Walczak, wieloletni proboszcz i budowniczy sanktuarium MB Fatimskiej na ursuskim Niedźwiadku, od czasów wczesnej młodości zafascynowany prymasem. – Beatyfikacja kard. Wyszyńskiego to dopełnienie radości, którą mam w sobie od wielu lat. Modliłem się o ten dzień od rozpoczęcia procesu, czyli od 1989 r. – przyznaje. Na jego klęczniku leży na stałe obraz Prymasa Tysiąclecia. Kapłan codziennie prosi go o wstawiennictwo, podobnie jak kard. Augusta Hlonda, by sprostał swojemu powołaniu. – Nigdy się nie zawiodłem – podkreśla, dodając że „stara się nieudolnie naśladować sługę Bożego” w jego umiłowaniu Matki Bożej.

– Kapłaństwo jest największym darem i skarbem, jaki otrzymaliśmy przez ręce Prymas Tysiąclecia. W moim przypadku to właśnie on przesądził, że mogłem je przyjąć 6 czerwca 1976 r., bo moja droga do święceń była wyboista. Ale wielką życzliwość okazywał mi także później, gdy kierował mnie na studia do Rzymu. Jestem pewien, że towarzyszył mi także po swojej śmierci, aż do dziś, pomagając mi głębiej przeżywać prawdę o życiu wiecznym – mówi, podkreślając że jego beatyfikacja powinna odbyć się już wcześniej. – Bardzo nam dziś potrzeba wstawiennictwa kard. Wyszyńskiego, bo wyzwań, które stawia świat, jest być może jeszcze więcej niż za jego życia tu, na ziemi.

Patron na trudne czasy

Podczas ostatniej z comiesięcznych Mszy św. „o obfite owoce beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego” metropolita warszawski wspominał środowiska, które ukształtowały powołanie sługi Bożego – jak rodzina, szkoła średnia i seminarium we Włocławku, studia na KUL oraz Dzieło Lasek. Przypomniał też słowa kard. Wyszyńskiego, w których przyznał on, że podczas własnych święceń, spoczywając na posadzce, lękał się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Nie wiedział, czy zdrowie pozwoli mu utrzymać się na nogach.

– Myślę, że do tego kardynał Wojtyła, już jako papież, dodałby: wstańcie i chodźmy. Nie lękaj się. Wstań i idź do swoich zadań. Każdy z nas przez podobieństwo i analogię może powiedzieć, że kiedy leżeliśmy na posadzce, lękaliśmy się. Może powody były inne – lękaliśmy się, czy podołamy, co nas czeka, czy jesteśmy godni, czy nie zawiedziemy... Ale Pan mówi: „Nie lękaj się, bo ta wielka moc Chrystusowego kapłaństwa pochodzi od Boga, a twoim zadaniem jest owocna współpraca z łaską Boga” – mówił kard. Nycz. – Kardynał Wyszyński i matka Czacka to patroni na miarę obecnych czasów, trudnych pod wieloma względami. Prośmy, abyśmy sami przynosili owoce rozwijanych talentów, ale również owoce beatyfikacji – zakończył kard. Nycz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama