• facebook
  • rss
  • Gdy gasną reflektory

    Hanna Karolak

    |

    Gość Warszawski 08/2013

    dodane 21.02.2013 00:00

    Motto spektaklu mogą stanowić słowa Camusa: „Nie oczekujcie na Sąd Ostateczny, on odbywa się każdego dnia”.

    Małe miasteczko, mikrokosmos, niezmienny w swoich rytuałach, zmienia się pod wpływem przypadkowego pocałunku w groźny, niepokojący, zdolny obudzić śpiące demony, świat. Jak kamień rzucony bezmyślnie, który wywołuje lawinę. Naczelnik stacji, aptekarz, karczmarz i jego córka odtąd nie zaznają spokoju. Jak wszyscy mieszkańcy tego miasteczka z bajki, w którym od lat, o tej samej porze przejeżdżający pociąg omiata reflektorem zapomniany przez Boga i ludzi skrawek ziemi. Ale pewnego dnia sygnalizacja zawodzi. Gasną reflektory, pozostają ofiary. Kto zawinił? Człowiek.

    Rozpoczyna się piekło oskarżeń i zaprzeczeń. Pojawia problem winy niezawinionej i kary, którą bohaterowie wymierzą sami sobie. Manipulowany emocjami tłum żąda krwi. Jeszcze przed chwilą wzorzec rzetelności staje się ofiarą powszechnej agresji. Pobrzmiewają tu echa rodzącego się faszyzmu, (sztuka napisana jest w 1936 r.). „Sąd ostateczny” to po części moralitet, suspens, psychodrama. Na naszych oczach bohaterowie ewoluują. Subtelnie pokazuje to młodziutka Agnieszka Pawełkiewicz – Anna. Nie bezgrzeszna, a jednak niezdolna żyć z brzemieniem winy. Podobnie jak Łukasz Simlat, naczelnik stacji, najpierw irytująco kostyczny, potem poruszający swoim pragnieniem ekspiacji. Resztę przemyśleń przyniesie sam spektakl w Teatrze Studio, zderzający realizm z metafizyką.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół