Nowy numer 43/2020 Archiwum

Kasiarze przedwojennej Warszawy

Jest w bandyckim fachu coś romantycznego. Takie przynajmniej wrażenie panoszy się w człowieku, kiedy nasłuchuje ballad o dawnych synach ulicy, zbójach, apaszach, prawdziwych kozakach i bohaterach kryminalnych kronik. Piosenki, książki, filmy, musicale, legendy, legendy, legendy…

W przedwojennej Warszawie niejeden taki andrus, lepszy cwaniak, doliniarz, czy szopenfeldziarz żył jak panicz. Ale prawdziwymi książętami, patriarchami przestępczego rzemiosła byli kasiarze. W ich ręce trafiały największe łupy. Nie byli bowiem kasiarze amatorami i prostaczkami z pierwszej lepszej meliny. Mieli za sobą nierzadko bogatą przeszłość kryminalną, wychodzili ze szkół złodziejskich, ale z czasem cywilizowali się, uczyli języków, nabywali salonowej ogłady, brylowali w towarzystwie eleganckim. Monika Piątkowska, autorka książki „Życie przestępcze w przedwojennej Polsce” podkreśla styl i fason, z którego słynęli rozpruwacze ciężkich kas: „Stanowili wciąż nową, fascynującą kategorię przestępców [w międzywojniu – przyp. autora]. Tworzyli ją inteligentni, często dowcipni, brawurowi mężczyźni o silnych nerwach, których chętnie widziano by nawet na salonach. Międzynarodowi specjaliści władali zazwyczaj kilkoma językami, nosili przy sobie czeki American Express Company na kilkanaście tysięcy dolarów i wiele podróżowali.”

Kasiarze zwykle prowadzili legalne biznesy, pralnie pieniędzy. W Warszawie należały do nich m.in. drukarnia przy ulicy Zielnej, czy kabaret „Czarny Kot”.

W przedwojennym podręczniku służby śledczej zapisano: „Zawód kasiarski, który jest koroną zawodów złodziejskich, rekrutuje się z przestępców wykwalifikowanych we wszelkich gatunkach roboty włamywacza.” Kasiarze znali się na mechanice, inżynierii, a nawet górnictwie. Dysponowali wyrafinowaną i nowoczesnym sprzętem, który pozwalał im pruć stal jak dyktę.
W II Rzeczypospolitej działało wielu specjalistów od rabowania sejfów. Popkultura pierwszeństwo przed innymi przyznała jednak niejakiemu Stanisławowi Cichockiemu, „Szpicbródce”. Był on dobrze znany policji, rozpisywały się o nim gazety. Wiele razy aresztowany, kilkukrotnie z aresztu uciekał. Miejsce jego urodzenia, a także data i miejsce śmierci nie są znane. Wywodził się z odeskiej szkoły złodziejskiej. W latach 20. i 30. działał na terenie Polski. Brał udział w skokach na kilka banków stolicy, m.in. Przemysłowców, Kredytowy i Dyskontowy. W przypadku tego ostatniego akcja została udaremniona przez policję. Był rok 1926. „Szpicbródka” nabył sklep z zabawkami przy ul. Niecałej , żeby podkopem dostać się do skarbca bankowego przy sąsiedniej ul. Fredry.

Najsłynniejszym jednak, ale także udaremnionym, skokiem bandy „Szpicbródki” miał być rabunek banku w Częstochowie. Po tym jak okradziono pewnego jubilera przy Nowym Świecie, policja zorganizowała obławę. Wkrótce dotarła do sprawców. Cichocki wpadł przy ul. Pańskiej. Znaleziono przy nim tajemniczą kopertę z napisem „Kr. N. Wog”. W środku znajdowała się m.in. niepozorna miedziana blaszka w kształcie ósemki. Jak się później okazało w toku śledztwa, miała ona blokować system alarmowy banku w Częstochowie. Ten motyw wykorzystano w filmie „Vabank”, tyle że w tym wypadku akcja w banku Kramera przy ulicy Kredytowej 6 kończy się powodzeniem.

W 1978 roku nakręcono film „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” z Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej. W Teatrze „Syrena” jeszcze w lutym można oglądać musical pod tym samym tytułem, będący adaptacją filmu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama