Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nasze zmartwychwstanie

O przedsionku piekła, rzucaniu kamieniami w Pana Boga i obietnicy, która spadła z nieba, z Katarzyną i Tomaszem Jaroszami

Agata Ślusarczyk: Książka o Waszej niepłodności, którą właśnie napisałaś, to raczej „prokreacyjny horror” niż opowieść o radosnym oczekiwaniu na upragnionego potomka...

Katarzyna: Gdyby ktoś powiedział mi, że moje życie po ślubie tak będzie wyglądało, tobym go patelnią potraktowała. Miał być małżeński standard – ślub i zaraz dzieci. Cała gromadka...

Kiedy „scenariusz” zaczął się sypać?

Katarzyna: Pół roku po ślubie odkryłam, że coś jest nie tak. Dość szybko radosne starania o dziecko przerodziły się w „wyścig z naturą”. Żyliśmy z termometrem w ręku. Odwiedziliśmy kilkanaście sanktuariów. Nie było chyba świętego, do którego się nie modliliśmy. Bezskutecznie. Po etapie „ciśnienia” przyszedł etap rozżalenia. Wpadłam w depresję, nic mi się nie chciało. Moje łono było pustynią. Znikąd nadziei. Jedenastu lekarzy po gruntownych badaniach powiedziało, że jestem okazem zdrowia. I bezradnie rozłożyło ręce. Tylko znajomi wciąż się nie zniechęcali, bo „na pewno” uda się, gdy pojedziemy w góry, będziemy pić aloes, jeść kiełki czy rozpoczniemy staranie o adopcję... O instrukcjach z cyklu „jak to się robi” nie wspomnę. Jeśli tak wygląda przedsionek piekła, to ja w nim byłam. Ciągle powracało pytanie: „Boże, po co dajesz mi pragnienia, których nie mogę zaspokoić?”.

No właśnie... Brzmi jak jakiś słaby żart.

Tomek: Na początku też tak myślałem. Obydwoje jeszcze jako narzeczeni udzielaliśmy się w oazowej Diakonii Życia. Na usta cisnęło mi się „tyle lat Ci przecież służę”. Katarzyna: Momentami to była straszna walka. Na argumenty i uczucia, zwątpienie i zaufanie. Po takich chwilach byłam kompletnie wyczerpana, prawie do omdlenia. Bolało mnie wszystko. Często powtarzałam, że niczego więcej nie zniosę. Nie miałam siły się modlić. Tomek miał wiarę za dwoje. Tomek: Mnie ciężko jest złamać. Mam przekonanie, że u Boga możemy wszystko wyprosić. Jak namolna wdowa. Poza tym, gdzieś w głębi serca wiedziałem, że Szef wie najlepiej i że z Szefem się nie dyskutuje.

Ani chwili zwątpienia. Przez dziewięć lat?

Tomek: Rozterki przeżywałem w samotności. Czasami ogarniały mnie tak przeraźliwa pustka i brak nadziei, że miałem ochotę kogoś zdzielić. Poważna „załamka” przyszła pod koniec. Ale szybko uświadomiłem sobie, że można rzucać kamieniami w niebo, tylko że i tak spadną nam na głowę. Starałem się nie pokazywać żonie swoich słabości.

Kiedy Bóg zareagował na Waszą „namolność”?

Tomek: Po pięciu latach. Prosiliśmy Boga, by tak jak Abrahamowi, dał nam obietnicę. Dostaliśmy ją podczas Mszy św. z okazji piątej rocznicy naszego małżeństwa – jedno z czytań było o... Abrahamie, któremu Bóg obiecał potomstwo. Katarzyna: Nie mogliśmy w to uwierzyć. Przecież nie wybieraliśmy dnia, kiedy będzie odprawiona ta Eucharystia, to był pierwszy wolny termin. Nie znaliśmy czytań na ten dzień. A o klasztorze św. Anny pod Częstochową, znanego z wymodlonych cudów macierzyństwa, w którym zamówiliśmy Mszę, dowiedzieliśmy się przypadkiem. Od tego momentu obydwoje poczuliśmy, że Bóg nas słucha. Znaków było znacznie więcej.

Wtedy zaczęłaś pisać książkę?

Katarzyna: Od początku udzielałam się na internetowym forum dotyczącym niepłodności i prowadziłam pamiętnik. Miałam ogromną potrzebę wylania gdzieś tych wszystkich kobiecych emocji. Dopiero po jakimś czasie pomyślałam, że z tych zapisków może powstać książka.

Piszesz w niej, że Bóg dał Wam także konkretne proroctwo: „o tej porze za rok będziesz pieściła syna”...

Katarzyna: Bóg ponowił swoją obietnicę. Podczas gdy ja ciągle myślałam o własnym dziecku, dziewięć miesięcy od kiedy podczas jednej z Mszy św. padły te słowa, w łonie swojej biologicznej mamy począł się Michałek.

Ludzie dziwią się, dlaczego niektóre małżeństwa zwlekają z adopcją. Dla was decyzja o adopcji też nie była łatwa.

Katarzyna: To była dla mnie porażka. Dowód, że Bóg mnie nie kocha. Długo walczyłam z tym stereotypem. Poza tym chciałam mieć własne dziecko. Ostatnią czarną chmurę przegonił uśmiech na twarzy innej adopcyjnej rodziny. Zobaczyłam, że można stworzyć kochającą się wspólnotę z niebiologicznym dzieckiem.

Ale nie oznacza to, że przestałaś chcieć być biologiczną mamą?

Katarzyna: Nie, nie odechciało mi się być w ciąży. (śmiech) Mimo że jesteśmy niepłodni, chcemy mieć więcej dzieci. Ale to Bogu zostawiamy sposób, w jaki zechce nam je dać. Właśnie rozpoczęliśmy starania o adopcję kolejnego dziecka.

Czy te puzzle tworzą już jakąś całość?

Tomek: Do końca nie wiemy, po co to wszystko było. Przez pięć lat poruszaliśmy się we mgle. Dopiero od niedawna dostrzegamy, jak wiele się w naszym życiu zmieniło. Gdybyśmy od razu mieli dzieci, nasza relacja z Bogiem byłaby dużo płytsza. Teraz codziennie staram się odgadywać Jego plany nawet w najdrobniejszych rzeczach. Poza tym nie każde małżeństwo na dzień dobry ma okazję przetestować swoją miłość „w złej doli”. My tę próbę miłości przeszliśmy zwycięsko. Katarzyna: Może to dziwne, ale jestem wdzięczna za to, co przeżyłam. Gdy to się działo, nie wyobrażałam sobie, że da się z tego wyjść o zdrowych zmysłach. Ale odkryłam, że cierpienie ma sens tylko w łączności z Bogiem. Ono musi do czegoś prowadzić. Krzyż nie był celem samym w sobie, ale drogą do zmartwychwstania. Tak samo nasza niepłodność. Zmartwychwstaniem była dojrzała decyzja o adopcji.

Michałek jest z Wami od roku. Jak się czujecie jako rodzice?

Katarzyna: Tomek dość szybko poczuł się ojcem, ja powoli wchodziłam w swoją rolę. To specyficzne macierzyństwo. Na przykład brakuje mi tego, że nie byłam z nim od pierwszych chwil. Wiem, że Michałek kiedyś zapyta o powód odrzucenia przez biologicznych rodziców. Będziemy mu towarzyszyć, gdy będzie się mierzył z tymi pytaniami. Ale tak naprawdę nie do końca wiemy, czego się spodziewać.

Ten „niepłodny” czas okazał się wyjątkowo płodny w innym wymiarze. Pięć lat temu założyliście Duszpasterstwo Niepłodnych Małżeństw.

Katarzyna: My się po prostu wkurzyliśmy. Z tych kłótni z Panem Bogiem powstawało DNM. Potrzebowaliśmy znaleźć dla siebie miejsce w Kościele. Nie można wrzucać nas do jednego worka z „oczekującymi na dziecko”. To tak jakby zrobić wspólną Mszę dla narzeczonych i samotnych.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama