Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ślub wzięli w Brazylii

Poznali się na rekolekcjach oazowych. Planowali pobrać się w Polsce, ale miłość, wierność i uczciwość małżeńską ślubowali sobie podczas... Światowych Dni Młodzieży.

Od niejednego katolika słyszałem już, że w życiu wiarą nie ma przypadków. Co najwyżej są znaki. Tak znajomi Kasi i Kamila tłumaczą to, co się stało. Z pozoru przypomina to bowiem opowieść z jednym, ale istotnym niedopatrzeniem – „pechową” datą ślubu 13 lipca 2013 r. Ale jak na dobry romantyczny scenariusz przystało, jest oczywiście szczęśliwe zakończenie. Czy raczej szczęśliwy początek nowego, bo wspólnego życia – jako mąż i żona. Ale po kolei.

To kiedy wreszcie ten dzień?

Kamil Łapa, 27-letni inżynier elektryk. Przez jakiś czas mieszkał w Warszawie. Tak jak jego wybranka, o rok młodsza Kasia Pytel-Łapa, absolwentka AWF. Oboje są związani z Ruchem Światło–Życie. Poznali się na rekolekcjach oazowych. Kasia w trakcie studiów działała w oazie przy warszawskim kościele św. Anny. Prowadziła grupę formacyjną. Razem uczestniczyli w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie w 2011 r. Nie mogli jednak wówczas nawet przypuszczać, że dwa lata później w trakcie takiego spotkania wstąpią w związek małżeński. Uroczystość planowali, ale nieco inaczej. Ramowy scenariusz był taki: ślub 13 lipca, oczywiście w Polsce, później wyjazd do Brazylii na ŚDM. Kiedy się zaręczali, byli święcie przekonani, że spotkanie młodzieży odbędzie się w sierpniu. Chcieli, aby była to ich podróż poślubna. Trwały nawet przygotowania. Podpisali umowę z restauracją, gdzie chcieli urządzić weselne przyjęcie. – Dzień później pojechaliśmy na dzień wspólnoty Ruchu Światło–Życie i tam dowiedzieliśmy się, że w tym czasie jest brazylijskie spotkanie młodzieży – mówi Kasia. Temat ślubu w Ameryce Południowej od razu pojawił się... w żartach.

Są większe fanaberie

Młodzi zaczęli się zastanawiać, czy szalony pomysł ma szanse na realizację. – Pytali mnie, czy to nie jakaś fanaberia, jeśli chcieliby się pobrać w Brazylii. Odpowiedziałem, że ludzie tak wydziwiają ze ślubami, bo chcą być oryginalni, że w ich przypadku byłaby to forma świadectwa, jeśli chcą ślub przeżyć akurat w trakcie takiego wydarzenia, w klimacie wiary, który jest dla nich tak ważny – opowiada ks. Sławomir Sarek z Kielc, z macierzystej diecezji Kasi i Kamila. Ks. Sarek współorganizował wyjazd do Brazylii wspólnoty, z którą na ŚDM zabrali się młodzi małżonkowie. Grupa animowała katechezy dla polskich pielgrzymów w Rio de Janeiro. A przed rozpoczęciem głównych uroczystości brała udział w tygodniu misyjnym w Kurytybie, gdzie mieszka bardzo dużo Polaków.

Bez najbliższych?

– Była to z ich strony bardzo odważna decyzja. Wielką dojrzałością wykazali się rodzice, którzy to zrozumieli i nie protestowali – mówi ks. Sarek, który przewodniczył ceremonii udzielenia sobie przez Kasię i Kamila sakramentu małżeństwa. Nie było szans, aby w 1100-kilometrową podróż do Kurytyby udała się nawet najbliższa rodzina. Teraz mówią o tym krótko: – Cały nasz związek jest oparty na wierze. Także ślub podczas pielgrzymki na ŚDM jest dla nas symbolem wspólnego kroczenia za Chrystusem. Kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy kościół, w którym mieliśmy się pobrać, wiedzieliśmy, że to jest najlepsze miejsce i że to był Boży pomysł. Kilka dni przed ślubem w Kurytybie były dla nich prawdziwymi rekolekcjami. Nie trzeba było gorączkowo zaprzątać sobie głowy przygotowaniami, sprawdzać, czy wszystko jest załatwione. Można było się skupić na tym, co najważniejsze. Ale cała uroczystość w brazylijsko-polskiej oprawie w parafii prowadzonej przez księży chrystusowców była dopięta na ostatni guzik. Nie mieli zbyt wybujałych marzeń. Chcieli, by ślub i wesele odbyły się we wspólnocie: żeby było dużo modlitwy i żadnego alkoholu.

Duchowa rodzina

Gospodarze z parafii Świętych Piotra i Pawła w Kurytybie wszystko przygotowali. Przed kościołem para młoda szła wśród powiewających polskich i brazylijskich flag. – Jeden z naszych nowych brazylijskich przyjaciół powiedział, że on też brał ślub z dala od swoich bliskich i skoro nie ma z nami naszej rodziny, to teraz oni będą naszą rodziną. I przygotowali wszystko: od bukietu ślubnego, po makijażystkę, fotografa i kamerzystę – wspomina Kasia Pytel-Łapa. Ktoś inny w ramach prezentu zafundował im hotel na noc poślubną. Jeszcze inny zatroszczył się o samochód, który dowiózł ich do kościoła. Ślub i wesele były dowodem, że w ciągu kilku dniu, stawiając Chrystusa w centrum, można nawiązać głębokie relacje z ludźmi z innego kontynentu. Na weselu było ponad 150 osób. – Wspólnie rozpoczęliśmy polonezem, w który włączyli się wszyscy goście. Czuliśmy, że cała uroczystość jest prezentem, który chcieli nam podarować naprawdę z głębi serca. I mamy pewność, że zostawiliśmy tam przyjaciół, którzy będą się za nas modlić i o nas pamiętać – mówi szczęśliwy mąż.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama