Nowy numer 2/2021 Archiwum

Tutaj serce można zgubić...

Barometr. Warszawa da się lubić, ale jej władze właśnie utraciły sympatię mieszkańców. Potwierdza to nawet badanie zlecone przez ratusz.


Wratuszu popłoch trwa od czerwca. Nie bez powodu kilka razy w tygodniu Hanna Gronkiewicz-Waltz organizuje konferencje prasowe, otwarcia, odwiedziny, stara się przekonać, że panuje nad miastem i dba o mieszkańców. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy dosłownie zalała nas fala dobrych wiadomości.

O siłowniach na świeżym powietrzu, o tym, że śmieci można jednak odbierać taniej, o wstrzymaniu kolejnej podwyżki cen za wodę, o większych dopłatach do zajęć przedszkolaków, Karcie Warszawiaka, która może zniweluje planowaną podwyżkę cen biletów, czy o budżecie partycypacyjnym, który spowoduje, że od 2015 r. każdy będzie miał wpływ na to, gdzie dzielnice ulokują pieniądze z jego podatków. – Pragnę zdobyć serca i umysły wystarczającej liczby warszawiaków, a z pewnością nie jestem osobą, która się poddaje – deklaruje prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz w jednym z wywiadów, a za porażki wizerunkowe obciąża... słabą komunikację z mieszkańcami.


Chcemy więcej wiedzieć


To prawda, w badaniu Barometr Warszawski, przeprowadzonym w stolicy w maju, 56 proc. mieszkańców stwierdza, że nie są wystarczająco informowani o działaniach władz miasta. Zaledwie 37 proc. wie, co prezydent z urzędnikami robią, żeby zaspokoić ich ciekawość. To mniej więcej tyle, ile deklarowało tuż po przejęciu władzy w stolicy przez Platformę Obywatelską, i tyle, ile w ogóle pozytywnie ocenia aktualną prezydenturę. Może dlatego od późnej wiosny Hanna Gronkiewicz-Waltz uaktywniła się na portalach społecznościowych, Twitterze i Facebooku, chwaląc się przy okazji, że w ciągu półtorej kadencji udało się przeprowadzić 1,5 tys. inwestycji, które służą mieszkańcom. Czy to jednak wystarczy, żeby przekonać warszawiaków, że jest się dobrym włodarzem? Prezydent nie ukrywa: wierzyła, że jej działania same się obronią. I że wszyscy zrozumieją, że trzeba przetrwać trudności związane z budowami, żeby później było łatwiej. Ale miała pecha.


Serial: kłopoty warszawskie


Minął właśnie rok od awarii tunelu na Wisłostradzie, którego naprawa miała zająć kilkanaście tygodni. Gdy wreszcie w czerwcu prezydent chciała się pochwalić mieszkańcom przejezdnością jednej z najważniejszych arterii miasta, zrywając dziennikarzy w niedzielę na 7 rano w deszczu na konferencję prasową, okazało się, że w południe musiała znowu przepraszać – tym razem zawiódł czujnik odpowiedzialny za zabezpieczenie tunelu przed falą powodziową. Efekt? Woda zaczęła zalewać dwa pasy ruchu. Ledwie dwa tygodnie wcześniej warszawiacy utknęli w gigantycznych korkach na Trasie Armii Krajowej, a kilkunastu zatopiło tam swoje samochody. Serial z kłopotami w metrze trwa właściwie od początku budowy II linii: zapadnięcia jezdni, bomby w wykopach, spóźnione informacje o zamknięciach i przedłużające się wyłączenia, które utrudniają codzienne życie w mieście. Do tego podwyżki opłat za wodę, za przejazdy komunikacją miejską, itp., itd.


Roztrwoniony kapitał?


Barometr Warszawski pokazuje, że zaufanie mieszkańców łatwo stracić. W 2007 r., gdy ankieterzy po blisko roku od wyborów samorządowych pytali o Hannę Gronkiewicz-Waltz, ten kredyt nie był duży: 31 proc. dobrze oceniało jej działania jako prezydenta. Aż 48 proc. uchyliło się od odpowiedzi, a 21 proc. nastawionych było wobec niej krytycznie. Rok później dobrze oceniło ją już 43 proc., a 32 proc. – źle. Liczba niezdecydowanych stopniała do 25 proc. Kolejny rok nie przyniósł wielkich zmian: 39 proc. zadowolonych wobec 34 proc. przeciwników. Ale rok 2010 przyniósł gwałtowny skok liczby zwolenników: 61 proc. wobec 24 proc., którzy widzieli poważne braki prezydentury. Szczytowe poparcie dla Hanny Gronkiewicz-Waltz odnotowano w czerwcu 2011 r., gdy dobrze oceniało ją aż 67 proc. ankietowanych, a źle – 23 proc. Wyrobionego zdania na jej temat nie miał zaledwie co dziesiąty mieszkaniec. Gdy rok temu Warszawa gościła turniej EURO 2012 poparcie dla prezydent stopniało do 52 proc., a liczba krytyków wzrosła znowu do 33 proc, by w maju 2013 r. osiągnąć najwyższy do tej pory pułap: 48 proc. Tych, którzy mimo wszystko popierają działania Hanny Gronkiewicz-Waltz, w maju było zaledwie 38 proc. Niemal tyle, co na początku prezydentury. I więcej niż uzyskała w pierwszej turze wyborów 2006 r.
Niewiele tłumaczy fakt, że badanie Barometru Warszawskiego zbiegło się w czasie z rozpoczęciem akcji referendalnej. Sama prezydent ocenia, że 38 proc. głosów w najtrudniejszym dla niej okresie to duży sukces. Zwłaszcza po sześciu latach rządów, kłopotliwych inwestycjach za 25 mld złotych, zamknięciach dróg związanych z budową metra, które wywołują zniecierpliwienie. I obiecuje więcej spotkań z rozgoryczonymi mieszkańcami, by tłumaczyć sens przejściowych wyrzeczeń. Tylko czy oni będą chcieli się spotkać, czy raczej odwołają Hannę Gronkiewicz-Waltz w zbliżającym się referendum? A może aktywność prezydent na dwa miesiące przed referendum przyniesie wzrost jej notowań?


Tak, jak w miłości


W przeciwieństwie do ocen prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz, Barometr Warszawski w innych aspektach dostarcza w sumie podobnych odpowiedzi od lat. To dość zaskakujące, bo warszawiacy jednocześnie krytykują różne aspekty funkcjonowania stolicy, ale nie potrafią bez niej żyć. Są jak od lat zakochani, którzy widząc wady obiektu westchnień, nie chcą się z nim rozstać. Barometr pyta o to, czy mając możliwość wyboru miejsca zamieszkania poza stolicą, zdecydowaliby się porzucić to miasto. I za każdym razem przytłaczająca większość odpowiada: tylko w Warszawie. Jak w piosence Jerzego Wasowskiego: „Tutaj szczęście można znaleźć, tutaj serce można zgubić”.
Pozytywne uczucia wobec niej żywi aż 78 proc. mieszkańców. Ponad 80 proc. jest dumnych z Warszawy, a zdecydowanie poza nią chciałoby mieszkać... zero procent ankietowanych. 78 proc. pozytywnie ocenia bezpieczeństwo w mieście, 68 proc. – jakość komunikacji, 63 proc. – porządek i czystość miasta. Jakość obsługi w urzędach podoba się prawie 60 proc., a sposób informowania mieszkańców o istotnych dla nich sprawach dotyczących życia w mieście – 46 proc.


Po co ta mowa?


Dziedziny, w których procent krytyków przewyższa optymistów, to niezmiennie od lat stan dróg i jakość funkcjonowania służby zdrowia. To one otwierają listę najważniejszych do rozwiązania kwestii w naszym mieście. Za najpilniejszą inwestycję warszawiacy uważają obwodnicę Warszawy i II linię metra. O tym, że władze realizują potrzeby mieszkańców, nie jest przekonanych aż 48 proc. ankietowanych. A 60 proc. uważa, że włodarze Warszawy nie realizują przyjętych przez siebie zobowiązań. Spora grupa warszawiaków ma wrażenie, że władze nie uwzględniają ich opinii i pomysłów oraz nie mają dobrego programu rozwoju aglomeracji. Choć w tej ostatniej kwestii liczba osób, które nie mają na ten temat zdania, przewyższa liczbę krytyków. 60 proc. uważa, że nierzetelnie informuje o swoich działaniach. Co drugi mieszkaniec uważa, że władze źle zarządzają środkami publicznymi. Arogancję władzy dostrzega także 46 proc. ankietowanych, twierdzących, że ratusz nie liczy się z tym, co piszą o nim media. Znowu, jak w przedwojennej piosence, którą śpiewał Adolf Dymsza: „Kto odmienne rzuci zdanie,/ też spokojna nasza głowa!/ Mamy na to zapytanie:/ Panie szanowny, po co ta mowa?”.


Otwarci, w granicach rozsądku


W maju br. ankieterzy pytali jednak o coś więcej. Chyba po raz pierwszy w badaniu pojawiły się kwestie otwartości warszawiaków na obcokrajowców, osoby o innym kolorze skóry, innego wyznania, niepełnosprawnych oraz homoseksualistów.
Z badania na próbie 1100 osób wynika, że mieszkańcy stolicy są bardzo otwarci na inne religie i obcokrajowców. Ponad 70 proc. zgodziłoby się powierzyć opiekę nad swoim dzieckiem osobie z innego kraju, około 90 proc. nie miałoby nic przeciwko, gdyby miała być lekarzem, szefem, współpracownikiem czy sąsiadem, nawet gdyby miała inny kolor skóry. Tym bardziej gdyby była osobą niepełnosprawną ruchowo. Ale aż 57 proc. warszawiaków nie akceptowałaby osoby homoseksualnej jako opiekuna swojego dziecka, a 27 proc. nie poszłoby to takiego lekarza. 71 proc. zaakceptowałaby szefa-homoseksualistę, a 79 proc. – sąsiada. Prawie co piąty nie chciałby mieszkać w pobliżu homoseksualisty ani z nim pracować. Trzech na czterech mieszkańców Warszawy zaakceptowałoby osobę innego wyznania jako opiekuna dziecka, 94 proc. nie miałoby nic przeciwko temu, żeby ich leczył lub razem z nim wykonywał pracę. Byłoby to kłopotem zaledwie dla 3–4 proc. populacji naszego miasta.
•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama