Nowy numer 48/2020 Archiwum

Kandydatów nie zabraknie

Z Piotrem Guziałem, burmistrzem Ursynowa, inicjatorem referendum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz


Joanna Jureczko-Wilk: Podobno na urlopie obmyślał Pan strategię kampanii referendalnej. Czy spot reklamowy przekona warszawiaków, żeby poszli 13 października do urn?


Piotr Guział: To nie będzie wyłącznie spot. Będziemy budować szeroki komitet poparcia referendum, który – wbrew sugestiom premiera Donalda Tuska, by na referendum nie iść – będzie zachęcał do oddania swojego głosu. Ustawa o referendum lokalnym jest z 2002 r. Przez trzynaście lat Platformie Obywatelskiej ten instrument demokracji nie przeszkadzał – ba, sama z niego skorzystała, przyłączając się w ten sposób do odwołania ze stanowisk polityków innego obozu, np. prezydenta Częstochowy Tadeusza Wrony czy prezydenta Jerzego Kropiwnickiego z Łodzi.

Teraz, gdy sprawa dotyczy formalnie drugiej najważniejszej osoby w PO, premier nawołuje do bojkotu referendum, a prezydent Bronisław Komorowski chce zmienić ustawę tak, by de facto uniemożliwić odwoływanie lokalnych władz.


Wielu ma wątpliwości, czy gra warta jest świeczki, skoro do końca obecnej kadencji pozostało niewiele czasu. Może lepiej wystawić ocenę prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz w wyborach jesienią 2014 r.?


Każdy dzień rządów obecnej pani prezydent to około 2 mln zł więcej długu dla Warszawy. Wielkość tę otrzymamy, dzieląc przyrost długu miasta za jej kadencji przez liczbę dni urzędowania. Czy stać nas na takie straty? Na kolejne tygodnie bez wizji rozwoju tego miasta? Na ponoszenie kosztów błędnych decyzji i utrzymywanie rzeszy urzędników, których liczba w czasie urzędowania pani prezydent wzrosła o 35 proc., czyli o 2 tys. osób – najwięcej w Polsce? Przypomnę, że w Łodzi prezydenta Jerzego Kropiwnickiego odwołano na 10 miesięcy przed końcem kadencji i PO jakoś to nie przeszkadzało.


Gdyby Hanna Gronkiewicz-Waltz przegrała referendum, na jej miejsce powołany zostanie komisarz – również z PO, i rewolucji raczej nie będzie. Tak stało się właśnie w przywołanej przez Pana Łodzi.


W tej kwestii PO mąci warszawiakom w głowach, wiedząc doskonale, że po przegranym referendum przedterminowe wybory byłyby nie do uniknięcia. Ustawa o referendum lokalnym mówi wprost, że w przypadku odwołania prezydenta prezes rady ministrów niezwłocznie zarządza wybory przedterminowe. Nawet gdyby wynik referendum został zaskarżony, sąd administracyjny rozpatruje sprawę w przyspieszonym trybie wyborczym. Z referendalnego kalendarza wynika, że nowego prezydenta miasta wybieralibyśmy na przełomie roku.


W jednym z wywiadów mówił Pan: „Hanna Gronkiewicz-Waltz od wielu miesięcy ma pecha (...), a my potrzebujemy prezydenta, który jest urodzony pod szczęśliwa gwiazdą”. Trudno winić kogoś za to, że przy budowie metra przez środek miasta zdarzają się trudności albo że zaraz po otwarciu Wisłostrady spadła ulewa.


Oczywiście, prezydent nie jest winny temu, że pada deszcz, ale dobiera sobie współpracowników odpowiedzialnych za rozmaite obszary. Wiadomo, że nazwa ul. Bagno w centrum wzięła się z warunków geologicznych w tej części Warszawy, które są znane od wieków, i trudności w drążeniu tuneli można było się spodziewać. Z drugiej strony wykonawcy narzucono nierealne terminy, by władze miasta mogły przeciąć wstęgę przed 2014 r. Pani prezydent od lat utrzymywała w swoim otoczeniu nieudolnych zastępców czy dyrektorów biur, dopiero akcja referendalna spowodowała pewne zmiany kadrowe, chociaż nie doczekaliśmy się ich w obszarach kluczowych dla aglomeracji. Pani prezydent, mimo zapowiedzi, nie zrealizowała żadnej poważnej inwestycji w partnerstwie publiczno-prywatnym. Po co było wydawać 400 mln zł na budowę nowego stadionu Legii, skoro teraz korzyści z niego czerpie głównie prywatna spółka?! Ratusz zaciągnął na tę budowę kredyt i teraz go spłaca, a można było za te pieniądze wybudować boiska, których brakuje w wielu stołecznych szkołach. Warto się też zastanowić nad tym, czy można było skuteczniej pozyskiwać i wydawać unijne środki. Mam na myśli chociażby utracone 80 mln zł na rozwiązanie systemu zarządzania ruchem, których Warszawa nie dostała, bo pani prezydent w 13-miliardowym budżecie stolicy nie znalazła 15 mln zł na niezbędny wkład własny, więc warszawiacy dalej grzęzną w korkach. W tym samym roku znalazła za to ponad 50 mln zł na premie dla swoich urzędników.


To, jak Warszawa będzie wyglądała pod rządami nowego prezydenta, powiedzmy z Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej?


Czas na przedstawienie takiej wizji będzie wtedy, gdy warszawiacy odwołają w referendum Hannę Gronkiewicz-Waltz i będą zapowiedziane przedterminowe wybory.


Idący do urn chcieliby wiedzieć, jaką mają alternatywę wobec rządów obecnej pani prezydent.


Zmiany należałoby rozpocząć od przywrócenia dzielnicom większych praw kompetencyjnych i przyznania im stałego, procentowego udziału w budżecie inwestycyjnym Warszawy. Dzisiaj nawet zrobienie chodnika za 50 tys. na Białołęce musi być zatwierdzone przez specjalny zespół w ratuszu, a na końcu przez samą panią prezydent. Podobnie jest z dzierżawą lub sprzedażą miejskich gruntów, bezpieczeństwem w dzielnicach, wydawaniem pozwoleń na większe budowy. W obu kadencjach pani prezydent zarządzanie Warszawą bardzo się scentralizowało i zbiurokratyzowało, ze szkodą dla rozwoju miasta. Cała podstawowa praca na rzecz mieszkańców powinna odbywać się w dzielnicach, bo burmistrz lepiej wie od prezydenta, co jest potrzebne lokalnej społeczności. Prezydent powinien zajmować się strategią rozwoju Warszawy i pilnować rzeczy naprawdę centralnych, a nie lokalnych.


To oznaczałoby powrót do dawnego ustroju Warszawy z dzielnicami na prawach gmin, a o takich zmianach zdecydować może tylko parlament. Co powinien zmienić nowy prezydent?


Nie da się od razu naprawić wszystkiego. Trzeba wybrać priorytety działania, wtedy efekty będą szybko widoczne. Takim priorytetem powinna być komunikacja: rozładowanie korków, preferencje dla transportu zbiorowego. Może zamiast kupować luksusowy tabor w dość krótkim czasie, należałoby za część tych środków budować bezkolizyjne skrzyżowania, które pozwoliłyby płynnie poruszać się po mieście? Drugi priorytet to opieka nad dziećmi i edukacja. Absurdalną rzeczą jest, że od lat w Warszawie nie można rozwiązać problemu braku miejsc w żłobkach i przedszkolach. Że pojawia się nowy problem: przepełnionych szkół, w których w jednej klasie uczy się 30 dzieci, a nauka odbywa się na zmiany. To jest właśnie przykład braku perspektywicznego myślenia, bo przecież wiadomo, o ile więcej dzieci rodzi się co roku w stolicy i oczywiste jest, że za kilka lat trzeba będzie znaleźć dla nich miejsce w przedszkolu, a potem w szkole. To urzędnicy powinni zadbać o to, by już na etapie wydawania pozwoleń na budowę kilkutysięcznych osiedli na Białołęce czy w Wilanowie zapewnić tereny pod budowę placówek opiekuńczo-wychowawczych i środki na ich realizację.


Ulga na przejazdy komunikacją miejską, jaką zameldowanym mieszkańcom da karta warszawiaka, powinna według Pana wynosić 50 proc. Łatwo jest składać takie obietnice, nie mając do „związania” budżetu, którego dochody z podatków z roku na rok spadają.


Jeśli szacujemy, że w Warszawie mieszka 500 tys. niezameldowanych osób, a każdy podatnik wpłaca rocznie do kasy miasta średnio 3 tys. zł, to do odzyskania jest 1,5 mld zł. Ale do płacenia tutaj podatków nie przekonają akcje typu „Brat PIT” czy kilkuzłotowe ulgi, jakie zaproponowała pani prezydent w karcie warszawiaka. Podobnym przykładem jest podatek od nieruchomości, który w Warszawie jest na najwyższym możliwym poziomie, co oznacza, że inwestor szukający terenów pod budowę, na przykład hali, wybiera podwarszawską gminę z niższą stawką podatku. Być może istotne obniżenie opłat, na przykład za komunikację miejską, spowoduje zwiększenie dochodów budżetu? Byłoby też wreszcie konsekwentnym działaniem ratusza, który prowadził kampanię promującą zbiorową komunikację w Warszawie, wydał miliardy złotych na nowy tabor i budowę przystanków autobusowych, a potem podwyżkami cen biletów i redukcją linii autobusowych skutecznie zniechęcił warszawiaków do korzystania z miejskiej komunikacji.


Czy będzie Pan kandydował w przedterminowych wyborach?


Jeśli warszawiacy w referendum odwołają Hannę Gronkiewicz-Waltz, to będzie dla mnie sygnał, czy nie powinienem rozważyć takiej możliwości. Musiałbym jednak wiedzieć, że mieszkańcy widzą mnie w tej roli, bo przecież podjąłem publiczne zobowiązanie jako burmistrz Ursynowa. Na razie koncentruję się na przekonaniu warszawiaków do tego, że warto zmienić prezydenta stolicy na takiego, który ma wizję i marzenia. Kandydatów z pewnością nie zabraknie.


Jarosław Kaczyński powiedział, że jest gotów Pana poprzeć, jeśli „określi się Pan w sferze obyczajowej”.


W tej dziedzinie moje poglądy są jasne: jestem liberałem. Jarosław Kaczyński nawiązywał do mojego udziału w paradach równości, które uważam za manifestację poszanowania wolności wyboru każdego człowieka, nie tylko w sferze seksualnej. Kiedyś kobiety nie miały prawa głosu, potem zrównano ich prawa z mężczyznami. Teraz nawet państwa o ugruntowanych demokracjach, z silnymi partiami konserwatywnymi, przyjmują zapisy o związkach partnerskich, jak choćby ostatnio Wielka Brytania. Dla mnie jest to przejaw obywatelskiej równości. Równości i tolerancji, którą również powinna kierować się osoba zasiadająca w fotelu prezydenta stolicy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama