Nowy numer 48/2020 Archiwum

Fundamentalne pytania

Wszystkie relikty będziemy mieć pod stopami, udeptując wkrótce starannie uklepaną pustkę za 12 milionów złotych. Może kiedyś ktoś zrobi kolejny remont i pozwoli oczom przechodnia zobaczyć te stare mury pod szklaną taflą

Stołeczny magistrat zdecydował się na wymianę nawierzchni placu Piłsudskiego. Decyzja to cokolwiek spóźnia, ale wiadomo – lepiej późno niż wcale. Tutaj mam jednak zasadniczą wątpliwość.

Fakt, stan tego najważniejszego placu w Polsce, placu narodowego od dziesięcioleci wołał o pomstę do niebios. Jego absolutne zepsucie kompromitowało Warszawę i państwo, którego jest ona stolicą. Zagraniczne delegacje potykały się, a w deszczowe dni po prostu tonęły w wodzie wylewającej się spod kamiennych płyt.

Prowadzona właśnie inwestycja ma kosztować – zgodnie z doniesieniami medialnymi – około 12 milionów złotych. Z punktu widzenia przechodnia będzie jednak to tylko kosmetyka, choć uważny obserwator zauważy, że połamane i kołyszące się w rozpadlinach płyty zastąpiły nowe, równe, zwarte, stabilne, być może nawet nie chińskie. Niemniej, wizja ta z pewnością nie jest dalekowzroczna. Wciąż bowiem czeka Warszawa na odbudowę kamienicy Skwarcowa vel Pałacu Saskiego z towarzyszącą mu zabudową. To prędzej czy później musi się wydarzyć – w tej, czy innej formie. Jak nie za tej władzy, to za następnej. Wtedy nawierzchnia będzie znowu pruta, być może na znacznej połaci… na razie jednak trwają prace. 11 listopada ma być po nowemu – bez wątpienia lepiej, bo uczynienie stanu gorszym to zwykła niemożebność.

Zgadzam się poniekąd z opiniami, że pustka placu Piłsudskiego jest wymowna i po części decyduje o genius loci. Trzeba jednak sobie uświadomić, że pustka ta nie była zawsze. Jej permanencja jest raczej efektem niemocy. Prace archeologiczne, które poprzedziły proces wymieniania nawierzchni przypomniały nam, że pod spodem kryją się relikty dawnego miasta. Warto zatem chwilę uwagi poświęcić obiektom, które przed laty stanowiły oprawę placu. Od razu trzeba jednak zaznaczyć – nie wszystkie były przez warszawian poważane.

Na początku stał dwór, dwór Morsztynów – ten za sprawą Jego Królewskiej Mości Augusta II Mocnego „popuszczaj pasa" Sasa rozrósł się do formy pałacu królewskiego. Towarzyszyły mu obiekty, zajmujące znaczną część dziedzińca, flankujące go niejako – stajnie, wozownie, itd. W XIX wieku pałac popadał w ruinę. W końcu został zakupiony przez Iwana Skwarcowa i po 1830 r. całkowicie, do fundamentów rozebrany. W jego miejscu wyrósł Pałac Saski bis, czyli znana z przedwojennych zdjęć budowla z charakterystyczną kolumnadą w części centralnej. To pod rzeczoną kolumnadą w 1925 r. urządzono Grób Nieznanego Żołnierza.

Dwa lata wcześniej przed pałacem na pustym już wtedy placu zasiadł na koniu sam książę Józef Poniatowski. Ten sam, który dziś wyciąga szable przed się przy Krakowskim Przedmieściu. Z tą różnicą, że tamten był oryginałem spod dłuta Thorvaldsena, a obecny sprzed pałacu pana prezydenta to kopia. Pomnik w 1944 r. podzielił bowiem losy pałacu i rozpadł się na kawałki, mimo że wcześniej powieszono na nim tabliczkę z niemieckim napisem – „nie wysadzać”. Fundamenty cokołu tego przedwojennego pomnika odkryli archeolodzy dokładnie tam, gdzie należało się ich spodziewać. Nie było też zaskoczeniem odkrycie znacznie rozleglejszych fundamentów, należących do innego monumentu - pomnika „lojalistów poległych w noc listopadową” (pisałem o nim w tekście „Opluwany pomnik”). Wystawiono go na placu Saskim z rozkazu samego cara Mikołaja II po stłumieniu przez Rosjan Powstania Listopadowego. Pomnik odsłonięty w 1841 r. trwał przez 53 lata po czym przeniósł się na plac Zielony vel Dąbrowskiego gdzie zniknął na dobre w 1917 r.

W jego miejscu na placu Saskim wyrosła to monumentalna cerkiew św. Aleksandra Newskiego. Widać ją, wyrastającą ponad Pałac na prezentowanej obok karcie pocztowej wysłanej 24 kwietnia 1914 r. z Warszawy do Montrealu. Wolnostojąca dzwonnica, towarzysząca świątyni wspinała się na 70 metrów, będąc absolutną dominantą wysokościową okolicy. Wyższe wieże znajdowały się dopiero za Wisłą (kościół św. Floriana). Powszechnie wiadomo było, że cerkiew nie ma charakteru religijnego, a polityczny i jest symbolem rosyjskiego zniewolenia. Stała do połowy lat 20., kiedy to dokonano rozbiórki. Jej elementy zdobnicze, sakralne trafiły do innych kościołów, a także m.in. na Wawel. Cegły wykorzystano przy okazji różnych budów.

Ciekawym odkryciem archeologicznym ostatnich tygodni było odkopanie ceglanego kanału, schowanego pod powierzchnią placu Piłsudskiego. Te wszystkie relikty będziemy mieć pod stopami, udeptując wkrótce starannie uklepaną pustkę za 12 milionów złotych. I tylko myślę: może kiedyś ktoś zrobi kolejny remont i pozwoli oczom przechodnia zobaczyć te stare mury pod szklaną taflą nawierzchni...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama