Nowy numer 49/2020 Archiwum

Nie chowam głowy w piasek

Przed referendum. O kryzysach – finansowym i zaufania – które mogą doprowadzić do zmiany na stanowisku prezydenta Warszawy, o kiełbasie wyborczej i polityce prorodzinnej miasta z Hanną Gronkiewicz-Waltz

Tomasz Gołąb: Jeden z podstawowych argumentów inicjatorów odwołania Pani ze stanowiska to utrata społecznego zaufania i buta PO, której zresztą dowiódł premier, deklarując, że i tak powierzy Pani stanowisko komisarza. Przyjmie je Pani, nawet jeśli warszawiacy powiedzą w referendum: „dość”?

Hanna Gronkiewicz-Waltz: Mam nadzieję, że po 13 października pozostanę prezydentem. Nie zastanawiałam się nad innym wariantem.

Spadek poparcia widać nawet w badaniach zleconych przez ratusz. Majowy „Barometr” to po prostu sondażowy dół. Może Pani rzeczywiście przestała czuć problemy warszawiaków?

Jestem osobą, która unika celebryckiego sposobu funkcjonowania, bo pracy w Warszawie jest rzeczywiście dużo. Patrzę na siebie bardziej jako na menedżera niż polityka. Nie ze wszystkimi efektami naszej pracy udaje się przebić do świadomości najbardziej zainteresowanych. To zresztą dowód, że nie tłuczemy termometru, gdy widzimy chorobę. Spadek poparcia wiążę ze skalą utrudnień w mieście i słabszą komunikacją z jego mieszkańcami. Ale kłopoty z powodu budowy II linii metra w przyszłym roku się skończą.

Burmistrz Ursynowa Piotr Guział powiedział, że chce debatować z Panią o tym, dlaczego „tak wielkie miała (Pani) plany, a tak niewiele zrealizowała”. I rzeczywiście: mam przed sobą mapę planowanych przez Panią inwestycji w Warszawie, która była elementem Pani kampanii wyborczej w 2006 r. Plany udało się zrealizować jedynie częściowo: na mapie widać trzy linie metra, siedem linii SKM, obwodnicę, szpital południowy, zagospodarowane okolice PKiN...

W moim gabinecie jest mapa inwestycji, które udało się w mieście sfinansować, wybudować lub wyremontować od 2006 r. Udało się mimo tego, że w 2008 r. przyszedł kryzys, co oznaczało dla miasta konieczność rezygnacji z inwestycji za ok. 3 mld zł. Mimo spowolnienia gospodarczego wygospodarowaliśmy 25 mld zł na różne przedsięwzięcia: od budowy oczyszczalni Czajka po wymianę taboru za około 5 mld zł, dokończenie I linii metra, rozpoczęcie II linii, budowę mostu Skłodowskiej-Curie i innych inwestycji drogowych, jak węzeł Łopuszańska czy Cybernetyki. Pozyskaliśmy 8 mld zł z Unii Europejskiej, choć jednocześnie 6,5 mld z własnego budżetu musieliśmy oddać w ramach „janosikowego”. Maksymalnie wykorzystaliśmy środki unijne i własne, budżetowe, i to przy spadających od 2008 r. wpływach z podatków. Zainwestowaliśmy w kulturę, w Centrum Nauki Kopernik, Muzeum Historii Żydów Polskich, za 27 mln zł zmodernizowaliśmy Teatr Powszechny. Oddaliśmy 2,3 tys. mieszkań komunalnych dla ludzi o niższych dochodach: na Żoliborzu, Włochach i Pradze. Jak widać, staramy się wydawać pieniądze w sposób zrównoważony: nie tylko na wielkie projekty inwestycyjne, jak metro, ale też na takie, które służą lokalnej społeczności.

Jeszcze jeden cytat z mapy: „Kandydat na prezydenta nie może chować głowy w piasek – musi mieć odwagę, by zmierzyć się z problemami, a nie udawać, że ich nie ma”. A tu Ogród Krasińskich, w którym wycięto drzewa wbrew woli mieszkańców, chaos ze śmieciami, cięcia w komunikacji, likwidacja szkół, kłótnia z przedsiębiorcami spod Dworca Centralnego, zamieszanie z Muzeum Sztuki Współczesnej. Wizerunkowych wpadek w ciągu prawie dwóch kadencji ratusz pod Pani rządami zaliczył aż nadto.

W Ogrodzie Krasińskich jest dziś piękny plac zabaw, a jestem przekonana, że nikt też nie odczuje braku cienia i drzew, wyciętych zresztą głównie z powodu chorób. Część z nich zagrażała zdrowiu i życiu spacerujących. Nie uciekam od odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ale część wymienionych problemów leży poza kompetencją prezydenta miasta, inne wynikają ze spowolnienia gospodarczego, które wymaga niezwykle odpowiedzialnego gospodarowania budżetem. Warszawa jest wielkim miastem i nie zawsze udaje się szybko zażegnać rodzące się konflikty lub zaspokoić czasem sprzeczne interesy mieszkańców.

Może trzeba było też więcej dialogu z rodzicami przedszkolaków, którzy na zebraniach dowiedzieli się, że ich dzieci nie będą już miały prawie dodatkowych zajęć?

Od wejścia w życie ustawy mój zastępca spotykał się z dyrektorami przedszkoli. Ja na początku września spotkałam się z rodzicami przedszkolaków, aby wytłumaczyć zmiany, które wprowadziła ustawa przedszkolna. Ponadto wysłałam list do rodziców, który szczegółowo wyjaśnia nowe zasady. Gdy mowa o zajęciach dodatkowych, ustawa przedszkolna wymaga jeszcze „dotarcia”. Idea jest taka, by obniżyć dla rodziców koszty edukacji przedszkolnej. Od września pięć godzin jest bezpłatnych, a po godzinie 13.00 rodzice płacą 1 zł za godzinę pobytu dziecka w przedszkolu, czyli trzy razy mniej niż dotychczas. Warszawa zdecydowała się też sfinansować dwie godziny zajęć tygodniowo dla każdego dziecka, jednocześnie tworząc dla nauczycieli klas początkowych możliwość zatrudnienia w przedszkolach. W czasie mojej prezydentury zwiększyliśmy liczbę miejsc w stołecznych przedszkolach o 13 tys. Do końca przyszłego roku będzie to 15 tys. nowych miejsc. Zwiększamy liczbę miejsc w żłobkach, z 3 tys., gdy obejmowałam urząd, do 5,1 tys. obecnie, choć zdaję sobie sprawę, że to wciąż zbyt mało. Dlatego w przyszłym roku będzie dodatkowych 600 miejsc. Ale proszę też zauważyć: z jednej strony część rodziców protestuje przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół, a z drugiej niektórzy chcą zamienić przedszkole w szkołę, gdzie dzieci uczyć się będą wszystkiego.

Zarzuca się Pani również rozdmuchaną administrację: przyrost urzędników o 35 proc., czyli ok. 2 tys. osób. Do tego dochodzą kontrowersje związane z przyznawaniem im premii.

Jak Piotr Guział został burmistrzem, pierwsze, o co poprosił, to kilka etatów dla nowych urzędników. On sam widzi, że potrzebni są, by wykonywać coraz większą liczbę zadań. Przyrost liczby urzędników nastąpił głównie w dzielnicach. Kiedyś w Warszawie wykonywano inwestycje o wartości ok. 800 mln zł rocznie, dziś – piąty rok z rzędu – za 2 mld. Ktoś musi obsługiwać te fundusze. W dodatku część osób, około 230, które zastałam 7 lat temu w urzędzie, miało nie etaty, ale umowy śmieciowe, więc z nimi pierwszymi podpisywałam umowy o pracę. Nie zwiększam zatrudnienia, jeśli nie przynosi to dla miasta efektu w postaci szybszej i sprawniejszej pracy. A jeśli chodzi o premie: w 2006 r., kiedy nie byłam jeszcze prezydentem, ratusz wypłacił urzędnikom 42 mln zł premii. Sześć lat później, za moich rządów, kwota ta była podobna, choć urzędników przybyło. Średnio urzędnicy dostali 500 zł premii na osobę. Ja sama nagród nie biorę. W tym roku nikt premii nie dostał. Mamy przecież zmniejszone dochody.

Wyborczą kiełbasę dostają za to warszawiacy. Muszę przyznać, że już dawno nie otrzymali tylu prezentów od miasta, ile od chwili uruchomienia zbiórki podpisów. Wielu z nich mówi: szkoda, że referendum nie odbywa się częściej. Okazało się, że podwyżki opłat za śmieci mogą być mniejsze; że płacący tu podatek będą jeździli taniej komunikacją; że nagle można zmienić stosunek do rodzin wielodzietnych, wprowadzając zniżki, choć wcześniej ratusz sygnalizował, że nas na to nie stać.

Dzieci z rodzin 4+, dzięki inicjatywie ówczesnej radnej Joanny Fabisiak, mają od wielu lat bezpłatne przejazdy komunikacją. W styczniu sytuacja finansowa miasta nie pozwalała rzeczywiście na objęcie ulgami dodatkowej grupy dzieci: nic nie zapowiadało końca kryzysu. Zawiesiliśmy więc prace nad tą kwestią, a dziś możemy do niej wrócić, tym bardziej że premier zapowiedział właśnie rozwiązanie problemów „janosikowego” oraz pomocy Warszawie w wypłatach odszkodowań związanych z dekretem Bieruta. Jaśniej patrzymy w finansową przyszłość Warszawy, zwłaszcza że przyjęliśmy bardzo roztropny budżet na ten rok, tworząc specjalną rezerwę, by uniknąć ewentualnej jego nowelizacji. To nam pozwoliło zaproponować, by dzieci z rodzin z trójką pociech, które płacą podatek PIT w stolicy, jeździły komunikacją miejską, płacąc jedynie 99 zł za rok. A ponieważ 94 proc. rodzin ma jedno lub dwoje dzieci, one też skorzystają z dodatkowej ulgi: zapłacą 49 zł za bilet miesięczny i 125 zł za kwartalny. ZTM będzie kosztować to 13 mln zł, ale chcemy, by z „Karty młodego warszawiaka” było można korzystać także w instytucjach sportowych, kulturalnych, a nawet w prywatnych podmiotach. To miastu się opłaci, bo gdy zaczęliśmy dawać dodatkowe punkty w przedszkolach rodzicom płacącym podatek w Warszawie, przybyło nam w stolicy 18 tys. podatników. Każdy nowy podatnik to dodatkowe 3 tys. zł w budżecie miasta.

Jest Pani zadowolona z dwóch kadencji?

W sześć i pół roku udało się zrobić dużo. Proszę zapytać tych, którzy odwiedzają Warszawę raz na pół roku. Oni widzą zmiany.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama