Nowy numer 25/2018 Archiwum

Nie wymyśliłam Ewangelii

Hospicjum. Żółte budynki przy ul. Magazynowej 14 
nie pasują do otoczenia. Dookoła sporo luksusu: Galeria Mokotów, zagłębie biurowe białych kołnierzyków, studia Telewizji Polskiej. A tu kolejka tych, którym życie zawiązało supeł i nijak nie chce go rozwiązać.


Do jadłodajni i szpitalika wchodzi się przez rampę załadunkową. Właśnie przyjechał do magazynu transport z Banku Żywności. Po prawej niepozorny budynek z szyldem: Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża. Dlaczego „Świętego Krzyża”? – O to proszę pytać Opatrzności – mówi Magdalena Hozer-Chachulska.


Już nie planuję życia


W dawnych magazynach mieszczą się dwa stoły, długie na jakieś dwadzieścia metrów. Przed barowym okienkiem Marek Sztompka zapisuje w grubym brulionie imiona i nazwiska korzystających z pomocy. Sporo wie o Polsce B, C, D, a może i Z.
Jest po godzinie 10. Powoli kończy się śniadanie. Niektórzy kwitują je „deserem”. Dlatego wejście do stołówki osnute jest szarą gęstą chmurą tytoniowego dymu. – Ile jestem bezdomny? Niedługo, no trochę, praktycznie..., jakieś 5 lat – mówi Leszek Malinowski, przegryzając truskawkowy jogurt kromką ciemnego pieczywa. Noce spędza w autobusach. Jeździ od pętli do pętli. – Kupiłem bilet za 50 zł, bo emeryt jestem – chętnie opowiada 69-latek. Chociaż nie pozwala zrobić sobie zdjęcia.
Plany na dziś? Zaraz wsiada w tramwaj, ustawi się w kolejkę czekających na obiad w jadłodajni kapucynów na Miodowej. Stamtąd na ul. Poborzańską, na Bródno. Siostry Misjonarki Miłości (od Matki Teresy z Kalkuty) od 14.45 wydają ciepły posiłek, można się ubrać, dostać żyletki. Wcześniej pół godziny modlitwy i śpiewu. Do wieczora się jeszcze pokręci, a potem znowu spróbuje zmrużyć oczy w jednej z nocnych linii, kursujących po najbogatszym mieście w Polsce. – Nie planuję już następnych dni, po zawale jestem, bypassy mi założyli – mówi, wspominając czasy, w których żyło mu się ponad stan. – 38 lat prowadziłem warsztat naprawy telewizorów na Jelonkach. Nie wiedziałem, co z pieniędzmi robić – mówi Leszek Malinowski, pakując do torby resztę chleba i jogurt na drogę.


Koledzy mieli więcej szczęścia


W drugim końcu stołu trwa ożywiona rozmowa. Wytatuowany mężczyzna w białej podkoszulce to „Mały”. Nazwiska nie poda, bo dziś miał się stawić do odsiadki kolejnego wyroku. – „Gość Niedzielny”? To przecież ja was czytałem w więzieniu – mówi.
Śmieją się z niego Monika Piórkowska i Ania Czerwiecka. We dwie mieszkają w foliowym szałasie, niedaleko centrum handlowego, przy Radzymińskiej. Pierwsza uciekła z domu, bo rodzina nie chciała zaakceptować, że ją zgwałcono i zaszła w ciążę. Druga zwiała od męża, który pił i bił. – Wracamy do swojego domu – mówią, myśląc o foliowym namiocie i dwóch psach, które zostawiły na straży.
Sala powoli pustoszeje. Obok w trzech pomieszczeniach stoi 36 szpitalnych łóżek. To Dom im. ks. Gabriela Boudena, jedyne chyba w Polsce bezpłatne schronisko szpitalne o tak szerokich możliwościach pomocy dla bezdomnych, chorych mężczyzn. Z profesjonalną opieką lekarską, pielęgniarską i pielęgnacyjną, rehabilitacją, asystentem osoby niepełnosprawnej, terapeutą uzależnień i pomocą psychologiczną, socjalną i prawną.
W gabinecie rehabilitacji stoją 2 aparaty do krioterapii – duży, stacjonarny, oraz mniejszy do zabiegów w domu pacjenta, aparatura do elektrostymulacji, laseroterapii, galwanizacji, naświetlań leczniczych, profesjonalne rotory i rowery do rehabilitacji. – Proponowano mi założenie hospicjum parafialnego, które zajęłoby się ludźmi z jednego osiedla czy dzielnicy. Nie chciałam – mówi Magdalena Hozer. Schronisko służy wszystkim: z Warszawy, z okolic, a w praktyce z całej Polski.


Nikomu nie życzę


Na łóżku od roku siedzi Jurek. Kończy właśnie kaszę z mięsem, w przerwie nabijając tytoniem bibułki papierosów. Dawniej operator filmowy i autor fotosów, pracujący z Jerzym Trelą czy Joanną Szczepkowską, stracił pracę przez... telefon. Przez lata nie mógł doczekać się na założenie linii, więc nikt nie mógł dzwonić z ofertą. Koledzy z łódzkiej filmówki mieli więcej szczęścia, nie mówiąc o studiujących równolegle, na reżyserii, Juliuszu Machulskim czy Jacku Bromskim.
Kiedy zaczęły się poważne problemy finansowe, stracił też mieszkanie. Wstydził się prosić bliskich znajomych o pomoc, więc przemieszkiwał na klatkach schodowych, spał na betonie. To wtedy musiał złapać POChP, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc – powszechną dolegliwość bezdomnych. Rocznie w Polsce umiera z tego powodu 15 tys. osób. – Nie życzę nikomu takiego losu – mówi Jurek, wracając do nabijania bibułek.
Sens nazwy Hospicjum Świętego Krzyża staje się czytelny po kilkunastu rozmowach z podopiecznymi.


Mnie też wyrzucali z domu


To, że chce założyć ośrodek niosący pomoc potrzebującym, także tym, którym śmierć zagląda w oczy, Magdalena Hozer wiedziała od początku lat 80. Od chwili śmierci swojej mamy. – Ja też byłam bez domu – wspomina czasy, gdy Rosjanie, a później komuniści szabrowali i odebrali im majątek, wyrzucając ziemiańskie rodziny z ojcowizny.
Dziś Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża to około 1500 mkw zabudowy. W dwóch budynkach, oprócz jadłodajni, pełniącej też funkcję kaplicy, oraz szpitalika, który wkrótce powiększy się o dodatkowe kilkanaście łóżek, znajduje się punkt pomocy socjalnej, psychologicznej, socjoterapeutycznej, prawnej i charytatywnej dla ubogich, gabinety lekarski i rehabilitacyjny. Ośrodek realizuje programy terapii uzależnień, rozdawnictwo odzieży i żywności, streetworking i program walki z chorobami płuc. Chorzy mogą korzystać z pomocy psychologa, onkologa, kardiologa, chirurga, pulmonologa i pielęgniarek. Są masażysta-fizjoterapeuta i opiekunowie chorych, którzy troszczą się o kilkudziesięciu podopiecznych hospicjum domowego. – To wszystko ludzie zniszczeni psychicznie, latami skazani na cierpienie, które uczy innego spojrzenia na życie. Ja w jakiś sposób też tego się uczyłam – dodaje Magdalena Hozer.


Nie ja kazałam sobie to robić


Stowarzyszenie utrzymuje się z dotacji i darowizn, datków zbieranych w warszawskich parafiach, ale także jako organizacja pożytku publicznego z odpisów podatkowych, tzw. 1 procenta. Niektóre programy są współfinansowane przez władze miasta i województwa, albo poszczególne ministerstwa. – Ale w kartotekach mamy wiele tysięcy osób, które mogłyby szerzej korzystać z naszej bezpłatnej pomocy – mówi Magdalena Hozer, dusza stowarzyszenia, wyróżnionego miesiąc temu za wieloletnią działalność na rzecz ubogich i potrzebujących nagrodą imienia świętego Brata Alberta. – Nie ja sobie to kazałam robić, nie ja wymyśliłam Ewangelię – dodaje, choć sama porusza się z trudem, podpierając dwiema kulami.
Na Magazynowej 14 każdy ma swoją dokumentację, a pracownicy socjalni pomagają wszystkim uzyskać ubezpieczenie zdrowotne i zabezpieczenie społeczne. Gdy trzeba, pracownicy wiozą potrzebujących leczenia do Otwocka, na Pragę, na Ursynów, tak długo przekonując lekarzy, aż przypomną sobie przysięgę Hipokratesa. Z uporem występują do urzędników i administracji w sprawach umorzeń czynszów po to, żeby kolejne osoby nie stały się bezdomne. – To przecież nienormalne, żeby w takim kraju nie było żadnego skutecznego programu przeciwdziałania bezdomności – mówi wzburzona prezes Mokotowskiego Hospicjum Świętego Krzyża.


Statut? Modlitwa!


Na ścianie w korytarzu przy gabinecie lekarskim jest wielki plakat św. Teresy. Magdalena Hozer do dziś wspomina spotkanie z założycielką Misjonarek Miłości. – Nasz pierwszy „statut” to była modlitwa zbudowana wokół Ewangelii: „Królestwo Twoje, o które prosimy w pacierzu, budować chcemy tu – pośród nas, Ojcze nasz drogi, Jezu, Ojcze chorych, Jezu, Ojcze ubogich dopomóż nam... Naucz nas rozmnażać chleb dla głodujących, pomóż nam okryć marznących...”. I do dziś chleba starcza dla wszystkich, bo nauczyliśmy się pokornie prosić dobrych ludzi o pomoc. Ludzie są tacy dobrzy – mówi prezes hospicjum.
Ją też Bóg kilkakrotnie ratował z wielkich opresji. Na przykład wtedy, gdy w 1939 r. będąc małym dzieckiem, leżała w kartoflisku, modląc się, by ogień nurkujących nad nią sztukasów nie trafił w jej plecy. – Całe życie czuję, że Opatrzność nade mną czuwa – mówi.


Dziś potrzebne setki, jutro tysiące


Podobnie myślą jej podopieczni. Tysiące, którym udało się pomóc w ciągu ćwierćwiecza. I setki osób, z którymi współpracowała.
Do dziś pamięta twarz pierwszej podopiecznej hospicjum. – To była bardzo piękna kobieta. Wyglądała na 40, chociaż miała około 60 lat. Ale co najmniej od kilku lat chorowała na raka. Nikt nie chciał jej pomóc. Kiedy zawiozłam ją do ordynatora szpitala praskiego, nakrzyczał na mnie, czemu tak późno się z nią zjawiam. A ja ją znałam od ledwie dwóch tygodni. Dzięki niej zrozumiałam, po co potrzebne jest hospicjum. Nie tylko dla umierających, ale dla tych, którym można darować życie. Dla chorych, którzy przecież – jak wiele razy widziałam – objęci dobrą opieką w każdej chwili mogą jeszcze odzyskać, lub chociaż wzmocnić siły i zdrowie – opowiada prezes hospicjum.
Wie dobrze, że bezdomni w Polsce nie mają się gdzie leczyć. Ile to już rozmów przeprowadziła z lekarzami, którzy uważali, że nie warto... – Walczę ze stygmatyzacją tych ludzi. Czasem naprawdę niewiele potrzeba, żeby polepszyć jakość ich życia. To samo dotyczy pacjentów domowych. Ale nie mogę skutecznie pomagać, gdy np. dostajemy dotację 1000 zł brutto miesięcznie na rehabilitację dla 40 pacjentów, z których większość jej potrzebuje. Problem w tym, że jeśli dziś nie wydamy kilkuset złotych, jutro leczenie ich będzie kosztowało tysiące – dodaje Magdalena Hozer.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma