Nowy numer 42/2020 Archiwum

Chory to nie kod kreskowy

Odkąd w archidiecezji warszawskiej pojawili się kamilianie, cierpienia jest jakby trochę mniej. Ulgę czują bezdomni, chorzy na AIDS, szpitalni pacjenci i niepełnosprawni.

Pewnej nocy matka św. Kamila de Lellis, nosząc go jeszcze pod sercem, miała przerażający sen. Śniło jej się, że widzi swoje nienarodzone jeszcze dziecko, jak stoi na czele grupy rówieśniczej. Każdy z chłopców nosił na piersi czerwony krzyż. – To zgubny znak – pomyślała. Takim krzyżem znaczono wówczas przestępców skazanych na karę śmierci. Była przekonana, że jej syn będzie hersztem bandy złoczyńców. Nie wiedziała wówczas, że św. Kamil, prowadzący za młodu hulaszcze życie, na skutek blisko 4-letniego pobytu w szpitalu powoła Zakon Posługujący Chorym. A czerwony krzyż na czarnym habicie stanie się dla cierpiących symbolem nadziei i otuchy. Właśnie mija 400 lat od śmierci św. Kamila, którego idea niesienia ulgi szczególnie w fizycznej niemocy dotarła także do Warszawy.

Przez szachy do Boga

Ojcowie „od dobrej śmierci”, bo tak zwykło się ich nazywać, sprowadzili się do archidiecezji warszawskiej z końcem lat 70. Początkowo zamieszkali w Piastowie, a gdy w 1991 r. kard. Józef Glemp poświęcił ich nową siedzibę, przeprowadzili się do Burakowa, gdzie powstał dom formacyjny Polskiej Prowincji Zakonu Posługującego Chorym. Dom kamilianów od ruchliwej ulicy Kolejowej zaraz przy wjeździe od strony Warszawy osłania ogród. W środku także dużo przestrzeni. W sumie mieszka tu dziewięciu ojców, czterech kleryków, którzy już wkrótce wrócą z wakacji, i czterech postulantów. – Pamiętam czasy, kiedy kleryków było nawet 20, teraz zdarzają się przerwy w święceniach – wspomina o. Czesław Hensel, przełożony warszawskiej wspólnoty. – To nie jest łatwe powołanie, trzeba umieć radzić sobie z cierpieniem innych, czasami chorego nakarmić czy zmienić pampersa. Byli tacy, którzy po kilku miesiącach zrezygnowali – wyjaśnia. Dlatego poza zajęciami w seminarium klerycy pomagają chorym, by dobrze rozeznać swoje powołanie. Niektórzy, tak jak o. Tomasz Stachoń, kapelan Szpitala Dziecięcego w Dziekanowie Leśnym, już od dziecka opiekowali się chorym sąsiadem i tak odkryli, że chcą nie tylko towarzyszyć w cierpieniu, ale przede wszystkim dawać oparcie w Chrystusie i wskazywać do Niego drogę. Choćby w nietypowy sposób. – Wszedłem na oddział, podczas gdy pacjenci grali w szachy. Dołączyłem się. Byli zaskoczeni. Po kilku dniach jeden z nich zdobył się na odwagę i poprosił mnie o spowiedź. Z radości miałem łzy w oczach – mówi kamilianin.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama