Nowy numer 39/2020 Archiwum

Całuję Cię po umęczonych rękach

Uzdrowiona za przyczyną ks. Jerzego? Maria Szablewska-Kosobucka wierzy, że to męczennik z Żoliborza wyprosił jej uwolnienie od bólu. Największego w życiu.

Dlatego z wiadomością o tym zwlekała równo rok. 20 października zawiozła do sanktuarium bł. ks. Jerzego komplet dokumentów – 14 kart leczenia: odpisów badań USG, RTG, badań laboratoryjnych w kierunku wykrycia bakterii i opisu sposobu leczenia. Dołączyła także historię choroby nowotworowej, na którą zapadła w grudniu 2011 roku. – Sprawę tej choroby oddałam Matce Bożej. Rak prawej nerki wykryto całkiem przypadkowo. W lutym 2012 r. zostałam zoperowana, wycięto zaatakowane tkanki, ale nerkę zostawiono. Badania po 4 miesiącach wykazały brak choroby – mówi pani Maria. – Nie mam słów wdzięczności Panu Bogu za łaski udzielone ks. Jerzemu dla pokrzepienia serc i uzdrawiania naszych obolałych i cierpiących ciał. Za łaskę zdrowia jestem też niewymownie wdzięczna Matce Bożej – dodaje.

Karabin się rozsypał

Nie pierwszy to cud, czy, jak woli pani Maria, łaska, której doświadczyła w swoim życiu. Pierwszy, który pamięta? – To było w 1944 r., w lipcu. Mieszkałam z rodzicami na rogu Żelaznej i Twardej, w pożydowskiej kamienicy, której administratorem był Niemiec. – Rodzice, za zgodą właściciela, wybudowali w podwórzu kapliczkę, którą zaprojektowała moja mama, absolwentka Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Wieczorami, po godzinie policyjnej, wszyscy mieszkańcy schodzili się tu na modlitwę. W ołtarzyku był obraz Miłosierdzia Bożego, którego kult dopiero rozpoczynał się za sprawą objawień św. Faustyny – opowiada. – Tego wieczoru dozorca tylko udawał, że zamknął bramę. Gdy usłyszeliśmy kroki niemieckiego patrolu, wszyscy ucichli. Byliśmy pewni, że jesteśmy bezpieczni. Wiele razy zapewniał nas przecież o tym administrator domu. Ale tym razem drzwi się otworzyły. Usłyszałam tylko „halt!” i trzask iglicy karabinu uderzającej w spłonkę pocisku. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty! Ani razu nie wystrzelił! Karabin rozpadł się na moich oczach, a naboje spadły na żółtą posadzkę – wspomina.

Obraz i dźwięk tego wydarzenia wpisał się jak na filmowej taśmie w pamięć 9-letniej wówczas Marii. Zdjęcie kapliczki przechowuje do dziś. Jej ojciec na awersie zapisał historię tego zdarzenia, dbając o podpisy świadków. On sam opowiadał także historię innej interwencji Opatrzności, gdy w czasie I wojny światowej, czując nagle wielki głód, wyskoczył z okopu do sąsiedniego, w którym kolega miał w plecaku suchar. Kilka sekund później w jego stanowisko uderzył pocisk. Bóg darował mu długie życie. Zmarł w 1982 r., jadąc na… Mszę św. za ojczyznę do kościoła św. Stanisława Kostki, odprawianą przez ks. Jerzego Popiełuszkę.

Figurka z podwórka

4 lata temu sąsiedzi z kamienicy przy ul. Niemcewicza chcieli odnowić figurkę Matki Bożej. Pech chciał, że w ostatniej chwili wycofała się artystka, której zlecono malowanie rzeźby. Tymczasem już była zamówiona Msza św. i wszyscy zaproszeni byli na uroczystość. Sąsiadka – organizatorka renowacji zwierzyła się ze zmartwienia pani Marii. Nie wiedziała, że Maria Szablewska-Kosobucka sama jest malarką i że dwa lata wcześniej ratowała przed zniszczeniem podobną figurę. W tym czasie jednak pani Maria cierpiała na nadciśnienie. Wydarzenia z życia zawodowego nadszarpnęły zdrowie i w tej dziedzinie. – Ręce mi się trzęsły. Ciśnienie skakało do 220. Powiedziałam, że będą musieli mnie podtrzymywać, ale udało się. Figurka stanęła po dwóch tygodniach, zaangażowali się wszyscy: od właściciela sklepu metalowego po hydraulika. Tego dnia ciśnienie wróciło do normy. Znowu byłam zdrowa – mówi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama