GN 2/2021 Archiwum

Piece dymiły non stop

Jest matką najmłodszej ofiary Auschwitz i Marszu Śmierci. - Każdego wieczoru płaczę i modlę się – mówi Leokadia Rowińska, która opuściła obóz 10 dni przed wyzwoleniem. W Marszu Śmierci urodziła syna, który zmarł po zaledwie 9 dniach.

Z pomarszczonych dłoni różańca nie wypuszcza. Dobrze pamięta chwile na obozowej pryczy: tam też wzdychała do Matki Bożej, bo jednej z więźniarek udało się przemycić do obozu cenne paciorki. Do dziś trzy razy dziennie mówi też krótką modlitwę, której nauczyła się w Auschwitz-Birkenau. „Eucharystyczne Serce Jezusa, ognisko Bożej Miłości, daj pokój światu”.

Na pryczę w baraku musiała wdrapywać się wysoko. Na najniższej leżały matki w zaawansowanej ciąży. Jej Irek rósł pod sercem dopiero od trzech miesięcy, dlatego to ją wysyłano z trzema innymi ciężarnymi po ciężkie kotły z zupą czy kawą dla całego baraku.

Gdy wybuchła wojna, miała 15 lat. Właśnie skończyła szkołę powszechną. Mieszkała z rodzicami i dwoma braćmi przy ul. Grójeckiej, blisko kościoła św. Jakuba. Ojca ostatni raz widziała w obozie przejściowym w Pruszkowie. Zabrano go z kolejarzami do Buchenwaldu. 18-letniego brata, jeszcze w 1940 r. Niemcy wywieźli do innego Auschwitz. 4 grudnia 1940 r. mamie kazali stawić się na ul. Szucha po odbiór jego prochów. Nie uwierzyła w jego śmierć, bo hitlerowcy chcieli, żeby pokwitowała urnę Juliusza, a przecież syn miał na imię Stach. Wysłała więc z Lodzią paczkę do obozu. Odesłali, razem z zakrwawioną białą koszulą. To była jego koszula.
Jeszcze przed wybuchem Powstania Leokadia wyszła za mąż. Rok później w bydlęcym wagonie jechała już jednak do Auschwitz, razem z mamą. W uszach ma do dziś straszny krzyk rozdzielanych rodzin. Ktoś krzyczał po ciemku, by odezwali się ci ze Śródmieścia, Ochoty, Starówki, Woli…

Po tym, jak spisali nazwiska, rozebrali i puścili trochę wody. Ale po tym „prysznicu” były jeszcze brudniejsze, niż przyjechały. Któraś z kobiet miała walizkę pełną kosztowności: złota, srebra, pierścionków. Wszystko zabrali.

- Dostałam starą sukienkę, nie pasiak, ale cywilne ubranie z czerwonym, wymalowanym pasem. Co z tego, że jedwabną, skoro wypaloną farbą i podartą? W niej opuszczałam obóz – wspomina.

Kobiety ciężarne, a więc także Lodzię, której przydzielono numer 83512, zabrano na blok 12. Wiele razy mijała małe 2-3 letnie dzieci, które szły z bochenkami niemieckiego chleba. Wszystkie wędrowały w stronę krematoryjnego pieca, podobnie jak nagie kobiety w ciemnych włosach, Żydówki, a wcześniej Romowie. A piece dymiły non stop. Płomienie buchały na cztery metry.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama