Nowy numer 32/2020 Archiwum

Chcą poskromić wesołego kierowcę

Zarządowi Transportu Miejskiego coraz mniej podoba się Robert Chilmończyk, kierowca autobusu, który nie przestaje żartować.

– Ledwo panią dogoniłem – głos kierowcy wita w drzwiach autobusu dziewczynę, po tym jak ostatnie sto metrów do przystanku jechał prawie równo z nią. Uśmiechnęła się tylko, nie mogąc złapać tchu. Była prawie pewna, że nie zdąży. – Czemu miałbym nie zaczekać? Te 30 sekund dłużej mnie nie zbawi, ale kogoś innego może – mówi Robert Chilmończyk, najweselszy kierowca w Warszawie. Ktoś, kto choć raz jechał z nim na Woli, Bielanach czy ostatnio na Pradze, długo nie przestaje się śmiać.

Kiedy rok temu założył profil na Facebooku, jeden z pierwszych wpisów zamieścił jakiś mężczyzna, który dziękował za to, że Robert Chilmończyk przez okno autobusu pokazał jego żonie tabliczkę z napisem: „Uśmiechnij się”. Dobry nastrój udziela się bowiem nie tylko pasażerom, ale także ich rodzinom i przyjaciołom, kiedy opowiadają o tym, jakim jechali autobusem. – Wszyscy są czy muszę liczyć? – pyta przez mikrofon zaskoczonych pasażerów, ruszając na Pragę. – Witam wszystkich, proszę się rozgościć, chętnie podwiozę do domu – zagaduje, wjeżdżając w Al. Solidarności. Na pętli żartował z młodej kobiety, która paliła papierosa. – Ale pani wie, że palaczy tą linią nie wozimy? – zapytał. – Ale to ostatni, już jutro rzucam – zarzeka się niespeszona. Po ruszeniu kierowca przez głośniki ciągnie wątek: – Niektórzy z naszych pasażerów mają cudowny uśmiech, mimo palenia. Trzymam panią za słowo z tym rzucaniem – mówi przed pierwszym przystankiem. – A oto kolejna grupka miejscowej młodzieży do zabrania, witam serdecznie. Wysiadającym dziękujemy za wspólną podróż, dobrego wieczoru.

Robert Chilmończyk jeździ warszawskim autobusami od dwóch lat. W zasadzie tylko na kilku liniach, ale już ma swoich stałych fanów. Jego społecznościowy profil polubiło ponad 37 tys. osób. To dla nich publikuje regularnie trasy, na których można go spotkać w danym miesiącu. Zagaduje podróżnych: „Witamy na pokładzie Boeinga 156. Zaraz podamy chipsy, paluszki i piwo. Pan w zielonej kurtce co sobie życzy?”. Albo: „Coście tacy smutni, jakbyście do pracy jechali?”.

– Dobro zawsze powraca, choć dla mnie największą nagrodą jest uśmiech tych, których wożę. Ludziom i tak jest ciężko – mówi radosny kierowca. – Każdy przecież dźwiga jakiś krzyż. A optymizm pomaga w najtrudniejszych chwilach. I zaraża innych - dodaje Robert Chilmończyk.

Pojawiły się już jednak informacje, że nie wszyscy pasażerowie są zadowoleni z jego zachowania. Kilku osobom nie spodobały się żarty, które opowiadał. Przewoźnik upomniał więc wesołego kierowcę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama